Blog > Komentarze do wpisu
"Śniadanie u Tiffaniego" Trumana Copote

Kto nie zna filmu "Śniadanie u Tiffaniego" z Audrey Hepburn jako Holly Golightly i George'am Peppardem jako Paul „Fred” Varjak, łapka w górę. A kto zna opowiadanie Trumana Capote pod tym samym tytułem? Bo oto ów utwór był podstawą do napisania scenariusza filmu pod opieką Blake’a Edwardsa. W zakładce "recenzje książek" zajmuję się oczywiście ... słowem pisanym/czytanym, lecz gdy ekranizacja utworu literackiego jest nie mniej słynna warto przyjrzeć się i jej. A film jest - moim zdaniem, nie mniej, tylko bardziej znany od pierwowzoru. Takie jest prawo rynku: obraz łatwiej się sprzedaje niż tekst napisany.

O ekranizacji powieści Capote opowiem w oddzielnym felietonie. Wracajmy zatem do głównego tematu. Do omówienia "Śniadania u Tiffaniego".

Początek sugeruje zakończenie. Jedno, dwa zdania, które podpowiadają pointę. W rozmowie głównego bohatera, jednocześnie narratora, z właścicielem baru, Joe Bellem. Otóż Joe wyjawił iż panna Holly Golightly była widziana w Afryce przez pana Yunioshiego, sąsiada Holly.

I właśnie ta wzmianka o Afryce jest podpowiedzią końca opowieści. Znam, owszem, kilka utworów literackich, których pierwsze zdania zawierają aluzję do ich zakończenia. "Love Story" Ericha Segala zaczyna się słowami:" What can you say about a 25-year-old girl who died? That she was beautiful and brilliant? That she loved Mozart and Bach? The Beatles? And me?" Gdy już wiemy, na samym początku opowieści, że główna bohaterka umarła, to o czym się dowiemy czytając pointę? Na co umarła? Można tak powiedzieć. Początek "Granicy" Zofii Nałkowskiej też nie daje spekulacji jak się zakończy opowieść o Zenonie Ziembiewiczu. Jego śmiercią. Nie wiemy jak będzie wyglądać ostatnia godzina tego młodego karierowicza. "Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód" - tak się zaczyna opowieść "Sto lat samotności" Gabriela Garcia Marqueza. Aureliano jest ostatnim z rodziny Buendia, zatem na nim kończy się saga o założycielach wioski Macando. Zatem mamy do spełnienia historię upadku rodziny. Co łączy - oprócz pointy tuż na początku - te trzy utwory? To, że właśnie Czytelnik powoli, ale systematycznie dochodzi do miejsca, gdzie wspomniany upadek ma miejsce. Z doświadczeń czytelnika, wyżej wspomnianych powieści, wynika, iż - być może - "Śniadanie u Tiffaniego" zawiera także taki pierwiastek riuny, porażki. Znam jednak powieść, w tytule której znajduje się interesująca nas fraza, ale Autor nie pokazał końca na początku. Fraza to: "upadek rodziny", a powieść to oczywiście "Buddenbrookowie". Proszę poczytać: »Was ist das. – Was – ist das …« »Je, den Düwel ook, c'est la question, ma tres chere demoiselle!« Die Konsulin Buddenbrook, neben ihrer Schwiegermutter auf dem geradlinigen, weiß lackierten und mit einem goldenen Löwenkopf verzierten Sofa, dessen Polster hellgelb überzogen waren, warf einen Blick auf ihren Gatten, der in einem Armsessel bei ihr saß, und kam ihrer kleinen Tochter zu Hilfe, die der Großvater am Fenster auf den Knien hielt. »Tony!« sagte sie, »ich glaube, daß mich Gott –«. Ani śladu pointy. Opis zwyczajnego dnia w rodzinie konsula Buddenbrooka. Nic niezwykłego. Żadnej sugestii pointy.

A może jednak w poincie "Śniadania u Tiffaniego" nie ma żadnego upadku, nie ma dekadencji ... I tak, i nie. Owszem, są pewne aluzje do bankructwa, niedostosowania czy zmierzchu bożyszcz. Lecz nie zapisane w poincie. Pointa jest tylko (!!!???) konsekwencją upadku, trzymając się słownika z poprzedniego akapitu. To jest naprawdę bardzo ciekawe. Wiedzieć,że zle się skończy, a nie znać przyczyny owej klęski.

W miarę czytania dowiadujemy się kim był pan Yunioshi, czym dla Holly był bar Joe Bella. A przede wszystkim poznajemy samą pannę Golighty. Młoda, bardzo atrakcyjna aktorka drugiego, trzeciego planu, a może statystka? Kto to ją wie? Dość ekscentryczna. Czaruje mężczyzn, nie zważając że umawia się z kilkoma w tym samym czasie.
Znajomość z Fredem, który jest narratorem opowieść, ma zmienić życie dziewczyny. Tak myśli Holly. Ale czy zmieniła? Jedną z zasad panny Golighty jest zdanie: "Nigdy nie będę wiedziała, co do niej należy, dopóki tego nie stracę". To już wyklucza jakąkolwiek zmianę. Nawet kotu nie nadaje imienia, bo to też jakaś przemiana. Fred jest zafascynowany dziewczyną, ale w pewnym momencie zrozumiał że fascynuje go raczej wyobrażenie dziewczyny niż ona sama.
Dlaczego jezdzi do Sing - sing, więzienia stanowego, aby spotkać się z Tomato, największym terrorystą swoich czasów? Co ich łączy? Co oznacza kod który przekazuje Tomato dziewczynie?

W pewnym momencie Fred dowiaduje się że jego nowa przyjaciółka ma męża, kilkoro pasierbów i zupełnie inne dane osobowe w dowodzie osobistym. Mąż jest starszy o kilkadziesiąt lat - Holly ma jakieś 19 lat - i jest zły na siebie i na żonę. Fred poznaje całą prawdę o przyjaciółce. Pochodzi z małej wioski, i nigdy nie była aktorką. Powinna być przy mężu i dzieciach, a nie szaleć po drogich kawiarniach i uwodzić facetów.

Sprawy się jednak komplikują. Holly jest w ciąży jednym z kochanków ... Chce za niego wyjść za mąż ....

Nie jest "Śniadanie u Tiffaniego" romansem, chociaż na początku czytania tak się może wydawać. Znajomość Freda i Holly nie rozwija się w kierunku zgodnym z założeniami Hollywood. A to założenie brzmi: nawet gdyby przez całe opowiadanie się paliło, waliło - na końcu ma być happy end. Ale ( tak mniemam) Truman Capote wyszedł z innego przypuszczenia. Literatura ma pokazywać prawdę. Otóż - ale to moje zdanie, subiektywizm - opowiadanie "Śniadanie u Tiffaniego" jest bliższe życiu niż jego ekranizacja.
Zawirowanie wokół Holly, które ma miejsce pod koniec opowieści, pokazuje że Autor zna bardziej życie niż niejeden scenarzysta Hollywood. A może niejeden scenarzysta zna życie, ale wpływ pieniędzy na ostateczny wygląd filmu, jest zbyt duży, aby przejmować się rzeczywistością. To znaczy właściwym tekstem "Śniadania u Tiffaniego".

A właściwy tekst "Śniadania u Tiffaniego" jest wspójny, jednorodny. Nie mamy ani jednego fajerwerku, jest tylko jeden zakręt, zmiana akcji. I to pod koniec opowieści. Tak naprawdę nic się nie dzieje. Zwykła codzienność megalomanki i młodego pisarza - kosmity. Naiwnego, płynącego z nurtem rzeki. Holly chce wyjść z tego nurtu, ale tylko ośmiesza się.
Wdzięk tej historii się nie starzeje. Budzi zmienne doznania, lecz żyje pełnią. Mogę interpretować na czarno. Mogę na biało. Kręte motywy działań bohaterki czasowi nie podlegają. Dajmy sobie spokój z analizą mikrej fabuły. Zbadajmy impresje. Wkurzyła Cię książka? Świetnie. Rozśmieszyła? Pozostawiła zniesmaczonym? Zrobiłeś blee? Bingo.
Myślę czasem o Holly. Ot, taka "wariatka". Każda prawdziwa kobieta to trochę wariatka. Przy niej otaczający jej świat to mikrobus pedzący nie wiadomo gdzie. Nawet nie wiem, czy mi się podobało. Ani prawdziwej puenty, ani morału. Zapomnieć wszak nie mogę.

środa, 01 listopada 2017, czytacz1967
dziękuję za przeczytanie wpisu Adam

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: