Na początku były recenzje książek. Póżniej doszły opowieści o filmach. Znalazłem też czas, aby podumać o Warszawie. Od niedawna opisuje swoje sny, marzenia, historie z wyobrażni. Są również moje przemyślenia na temat życia - jak najbardziej realnego. Zapraszam - Adam Czytacz1967
piątek, 18 maja 2012
"Orkan na Jamajce" Richard Hughes

"Orkan na Jamajcie" to powieść okrutna i zjadliwa, lecz również nad wyraz słodka i czarująca. Zjadliwa i okrutna, bo pokazuje świat bezwględnych dorosłych; słodka i czarowna, bo ukazuje krajobrazy dziecięcej wrażliwości, niewinności. Tak naprawdę to właśnie dzieci są głównymi boharami "Orkanu ...", dorośli tylko im asystują. To może dziwnie zabrzmiało, tym bardziej, że ci dorośli to okrutni piraci, którzy niejedno życie ludzkie mają na sumieniu. 

Ale po kolei, od początku. Opowiedzmy naszymi słowami o pewnej rodzinie ...

Epoka Wiktoriańska. Oto jest ród Bas-Thorntonów: rodzice i pięcioro dzieci. Rodzice nie mają zbyt wiele do powiedzenia w tej powieści. Są, są jakby ostoją bezpieczeństwa - i to Autorowi wystarczy. Za to  dzieci ogniskują naszą uwagę bez przerwy. Widzimy ich w codziennych zajęciach, zabawach - pokazane jest to we właściwy sposób: z humorem, dystansem, z pewnym małostkowym udawaniem kogoś innego. Dzieci wychowują się wsród ludzi, którzy mają wiele do powiedzenia o górach, rzekach, burzach, trzęsieniach ziemi. Ten świat, świat tak naprawdę ułudy i namiastki raju jednocześnie to jedyne pejzaże, które dzieci znają.

Wszystko zmieni się - i krajobrazy, i poczucie bezpieczeństwa, i rola dzieci w powieści - gdy na ich drodze pojawią się wspomniani już piraci. 

Kim są piraci? Tak naprawdę nikt nie wie - na Jamajcie przecież nie było żadnych piratów. Czy to ich zawód, ich hobby? Dlaczego oni tak postępują wobec ludzi? Są okrutni - to pewne: dzieci mają sposobność przekonać ię o tym nie raz, nie dwa, przez co wydorośleją szybciej niż ich rówiesnicy. Autor skupia się przede wszystkim na Emilce, najstarzej z rodzeństwa. Jest taki moment w powieści, gdy dziewczynka zdaje sobie sprawę z dojrzałości - i wszystko od tego momentu staje się inne, bardziej okrutne. Emilka zaczyna zdawać sobie sprawę kim są tak naprawdę piraci ... Dochodzi do szeregu wypadków ...

( Otworzyłem nawias, bo chciabym wtrącić pięć groszy, przepraszam - uboczny wątek. Otóż "Orkan na Jamajce" przypomina "Władcę much" Williama Goldinga. Przypominijmy: bohaterami "Władcy much" są chopcy z elitalnej szkoły angielskiej. Mieli sposobność uczenia się w Indiach - taka namiastka "zielonej szkoły"? - i był to naprawdę ciężki okres w ich życiu. Lecą teraz do Anglii - samolot jednak rozbija się; chłopcy docierają do bezludnej wyspy. Zaczyna się walka o przetrwanie. Podobnie jest u Hughesa. "Orkan na Jamajcie" jednak jest łagodniejszy, bardziej stanowany. Można powiedzieć: wypieszczony Mamy albowiem do czynienia z bajką. Tak, "Orkan na Jamajcie" to bajka: połączenie "Alicji w krainie czarów" Lewisa Carrolla i opowieści braci Grimm; w piewszym przypadku chodzi mi o sposób przechodzenia  przez kolejne etapy rzeczywistości; w drugim o sposób narracji i pewne okrucieństwo, okruciecieństwo - jak już wspomniałem - jednak w łagodniejszym wymiarze).

Język opowieści Hughes jest czysty, przejrzysty, klarowny. Nie ma tu pułapek językowych - barokowych wigipasów, niepotrzebnego wtrącania wyimaginowanych wątków. Oczywiście - w tryb akcji wpleciony jest nurt myśli głownych bohaterów, ale to jest cecha dobrej, nawet bardzo dobrej powieści. Warto przecież znać refleksje głównych bohatrów?

Akcja toczy się wartko i potoczyście - według starej, dobrze znanej reguły - początek, rozwinięcie, zakończenie. I tu upatruje kolejną cząstkę sukcesu powieści. Najpierw była treść, teraz forma. I chba nie muszę już namawiać Cytelnika do przeczytania tej opowieści: przypominam zatem - "Orkan na Jamajcie", autor: Richard Hughes. 

 

Instnieje - dopowiedzmy w postscriptum - istnieje film, którego scenariusz został napiszany na podstawie omawianej powieści.  Wystarczy na stronie filmwebu wpiszać tytuł ... Oryginalny brzmi: "A high wind in Jamaica".

11:20, czytacz1967
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 maja 2012
"Stara panna" Edith Wharton

Kim jest stara panna? To czterdziestoletnia kobieta, która nie chce lub nie może wyjść za mąż. Być może wychowuje dziecko/dzieci z nieformalnego związku, jest to dość powszechnie spotykane. Stereotyp? Mit obyczajowy? Być może - przeczytajcie jednak artykuły w necie: wiele jest przykładów na moją tezę. Tak czy owak stara panna w xxi wieku to nic gorszącego - tak mi się wydaje - jest nawet instytucja singli, nieprawdaż? To nie kolejny artykuł dla kobiet, to tylko sugestia na początek recenzji. Dokładnie - cofnijmy się do wieku xix, a to dzięki opowidaniu Edith Wharton, tytuł już znamy, ten sugeruje wstęp artykułu - "Stara panna". Jak wtedy - w purytańskim świece długich sukien i meloników widziano stare panny, jakie miejsce w społeczeństwie zajmowały takie osoby?

 

Charlotta, bohaterka opowiadania, rezygnuje z małżeństwa, pomimo tego, że ma narzeczonego, pomimo tego, że czeka nią fortuna życia, jak to się mówi w pewnych kręgach. Nie, tu nie chodzi o pieniądze, o prestiż - są przecież istotniejsze sprawy. W wypadku Charlotty chodzi o dziecko. Dziś byśmy powiedzieli o Charlotcie - matka samotnie wychowująca dziecko, wtedy powiadano - dziecko z nieprawego łoża: tak czy owak dziewczynkę Chatty umieściła w czymś rodzaju domu opieki. Nie do pomyślenia było, aby panna wychowywała bez męża czy opiekuna dziecko.

Charlotta ukrywała ten fakt przed rodziną i narzeczonym, ale tuż przed ślubem postanawia wszystko wyjawić. Narzeczony daje warunek - Chatty powinna wyrzeć się dziecka ...

 

Opowiadanie "Stara panna" przyciąga uwagę językiem, jakim zostało napiszane. Jest to połączenie dynamicznych obrazów mikroświata głównych bohaterów ze strumieniem świadomości Chatty. Nikt poza nią nie ma - jakby tu ująć - dostępu do własnych myśli. Tylko Chatty ma  swoje myśli, pozostali bohaterowie działają poza naszą świadomością, poza naszymi zmysłami. Pozostali mają za to - jak już powiedziałem - obrazy, obrazy pełne swobody językowej, gramatycznej poprawności, takiej wyrazistości w komponowaniu dramaturgii. Być może myśl przewodnia opowiadania jest "staromodna", pozbawiona takiego współczesnego okna na świat, lecz przecież ... mozna opowiadanie "Stara panna" potrakrować jako swoisty dokument epoki. A człowiek przez takie lektury uczy się, uczy, uczy ...

piątek, 04 maja 2012
"Opowiadania" Guya de Maupassanta

Guy de Maupassant to francuski literat, przedstawiciel tak zwanego naturalizmu. Nurt ten polega on na tym - charakteryzuje się przedstawianiem świata poprez zainteresowanie biologicznym i socjologicznym środowiskiem determinującym rozwój człowieka. Tło, traktowane do tej pory jako dekoracja dla dziejących się zdarzeń, zostało poddane szczegółowym badaniom, zmieniając swój dotychczasowy charakter.W zasadach, rządzących życiem człowieka, naturaliści dostrzegali prawa natury, a w jego zachowaniach - podobieństwo do zwierząt. W swych utworach pokazywali jednostki ludzkie, kierujące się instynktami, obdarte z jakichkolwiek wyższych pobudek. Zafascynowani byli darwinizmem oraz koncepcją walki o byt.

 

 Tomik opowiadań " Dom pani Tellier" składa się z trzech tytułów - oprócz tytuowego mamy jeszcze "Naszyjnik" i "Spadek".

Guy de Maupassant zanim został pisarzem, bacznie obserwował życie urzędników państwowych; przez jakiś czas był jednym z nich. Z tego nurtu jego twórczości pochodzi pierwsze opowiadanie "Spadek". Lesable to typ karierowicza - wsystko zrobi, aby zdobyć upragniony cel. Właściwie cele są dwa: pierwszym jest spadek, a drugim wyższe stanowisko w hierarchii urzędu. Spadek łatwo zdobyć: wystarczy odpowiednio ożenić się i wydać na świat potomka płci męskiej. Tak stanowi krauzula testamentu ciotki małżonki Lesable. A jeżeli jest odpowiedni mająteczek, to i będzie odowiednio wyższe. Tak pewno myslał bohater opowiadania Maupassanta. Życie jednak przynosi również niemiłe niepodzianki - a tą  w przypadku Lesable'a jest bezpłodność żony.

Małoduszność, zakłamanie i bezpardonowa gra - oto jakie cechy ludzkie odkrywa w tym opowiadaniu Autor. Tak myślę, że temat poruszony w "Spadku" nic a nic nie zestarzał się; o, nie - nie jest to kolejna ramota, którą trzeba przerobić na lekcjach języka polskiego. To żywy przykład na to, że człowiek, jego natura tak naprawdę nie zmieniła sie od wieków.Chciwość jest znana od czasów biblijnych. Dodatkowym atutem opowiadania jest język - widać swobodne operowanie czasownikami i przymiotnikami, co pozwoliło Autorowi budować obrazy pełne ekspresji i takiego żywego "soku", "esencji" literackiej. Tu, w "Spadku" wszystko jest na miejscu - tak zakończę; po prostu trzeba usiąść i przeczytać.

 

"Nasyjnik" to kolejna opowieść. Pani Loisel to skromna, niczego nie żądająca żona urzędnika Ministerstwa Oświecenia Publicznego. Być może o nic nie prosiła męża - o żadne luksusy, żadne apanaże - ale przecież pochwały męża dotyczące zupy to raczej mało jak na kilkunastoletni staż małżenski,prawda? Mąż to widzi, rozumie: pewnego dnia przynosi zaproszenie na bal w Ministerstwie Oświecenia. Żona ma co prawda "co na siebie włożyć", jak mówi piosenka, ale do sukienki trzeba coś dodać, najlepiej naszyjnik. Ten może pani Loisel pożyczyć przyjaciółka. Uszczęśliwieni małzonkowie idą na bal ...

Drobiazg Guy de Maupassanta - taki jakich wiele w jego twórczości - pokazuje  przywiązanie do tradycji, do ogólnie przyjętych norm. Małżonkowie Loisel żyją skromnie, lecz uczciwie - i ta uczciwość jest jednocześnie błogosławieństwem, ale również prekleśleństwem.

Podobnie jak w "Spadku" mamy i tu do czynienia z perełką nowelistyki.Czasowniki, rzeczowniki, przymiotniki - wszystko jest na miejscu - powtórzę ten slogan, można tylko siąść, czytać i uczyć się - dziekuję panie M. 

(I jeszce jedno - nasz Bolesław Prus był dla mnie wzorem nowelistyki w liceum, jak pan M. jest teraz. Ale to już tak na marginesie; chyba warto porównać dzieła tych dwóch panów?)

 

"Dom pani Tellier" to następna, trzecia opowieść. Tytułowy dom to nic innego tylko lunapar dla mężczyzn. Meżczyzni ci to szacowni mężowie,zacni ojcowie. Jak się łatwo domyślić z przebiegu akcji, jest to jedyna ich rozrywka. Pewnego dnia zastają drzwi do przybytku rozskoszy zamknięte. Po raz pierwszy od dnia założenia, dom pani Tellier jest zamknięty. Czemu? Oto brat pani Tellier zaprosił ją na chrzest córki. Pani Tellier owszem - przyjmuje zaproszenie, lecz odwiedza brata wraz ze swoimi "pannami"... Opowiadanie jest satyrą na kołtuństwo i obyczajność mieszczańską: damy do towarzystwa okazują się bardziej wrazliwe na wszelką ludzką krzywdę niż panowie, którzy  odwiedzają przybytek rozkoszy pani Tellier.

I tu mamy do czynienia z małym arcydziełem. I tu jest materiał do nauki - nie będę się powtarzał, zapraszam zatem do czytania.

piątek, 27 kwietnia 2012
"Żmija" Aleksego Tołstoja

Dwa krótkie opowiadania Aleksego Tołstoja - "Marta Rabe" i "Żmija" zawarte w jednym tomiku - to kolejna pozycja książkowa z mojej domowej półki.

"Marta Rabe" to skrót myślowy raczej niż opowiadanie. Już wyjaśniam: na 18 stronicach Autor ukazuje wiele spraw - sylwetkę cara- budowniczego, wznoszącego na bagnach miasto, które w przyszłości będzie się nazywało Petersburg; płaszczących się przed władcą usłużnych dworaków, prostą i pełną charakteru dziewczynę., która w przyszłości zostanie żoną cara. ( zdradziłem pointę - chyba pierwszy raz, ale tutaj pointa jest raczej bez znaczenia - kto zna historię Rosji, ten domyśli się zakończenia opowiadania). Powiedziałem, że mamy tutaj do czynienia ze sprawami; otóż te wszystkie wątki wymienione powyżej można bez trudu rozszerzyć i ubarwić - Aleksy Tołstoj zrobił to w powieści " Piotr I". W omawianej miniaturze mamy zaledwie mikroskopijną część tego, co się wydarza w "Piotrze I".

"Żmija" jest opowieścią o młodej kobiecie,Oldze, która została wplątana w wir wojny domowej w Rosji. Olga nie jest przygotowana do życia, jest podobna kwiatka co zbyt wcześnie zakwitł. To jednak pozory. Drobna, a wręcz wątła dziewczyna stawia czoło wszelkim wojennym trudnościom, więcej: zaciąga się ( dobrowolnie) do wojska, co potęguje przeciwności losu. Wygląda to tak, jakby Olga szukała własnej śmierci. Rzuca się w pył bitwy. Ratuje ją Jemielianow; po pewnym czasie zostaje jej kochankiem ...

Olga staje się małoduszna i egoistyczna - aż do końca,aż do granic mozliwości, aż do ostatniej krwi ...

Aleksy Tołstoj napisał "Drogę przez mękę", trylogię o Wojnie Domowej w Rosji, opowiadanie "Żmija" jest jakby prologiem, takim zaczątkiem tejże trylogii.

Dobrze jest to napisane. Rzetelnie - powiedziałbym. Można te opowiadania nazwać wprawkami. Rzeczywiście - niniejsze opowiadania mogą stanowić próbę lekcji literatury. Lekcja będzie z pewnością udana. Język łatwy, przystępny - mamy tu do czynienia z obrazami filmowymi z jednej strony, z drugiej naprawdę z dobrymi dialogami, bez potrzeby skreślania, gdyby Znany Reżyser chciałby stworzyć scenariusz według Aleksego Tołstoja.

sobota, 21 kwietnia 2012
Julij Bodariew "Krewni"

Mam przed sobą mini-powieść Julija Bondariewa "Krewni".

Po śmierci matki, Nikita, młody i niedoświadczony człowiek spotyka się z krewnymi, których dotąd nie widział. Nie wie jak się zachować - rodzina na fotografii i rodzina w realnym życiu, to dwa różne światy, prawda? Ale cóż robić? - Nikita nie ma wyboru - musi - chcąc nie chcąc - zetknąć się z rzeczywistością, którą kreują jego dalcy krewni.

Stop! - nie znowu tacy dalecy - głową rodziny okazuje sie być brat matki Nikity, profesor Gregow. Ma on żonę, dwóch synów i prestiż na uczelni - i to się dla niego liczy; tu i teraz. Przyjazd krewnego burzy trochę mir domowy pana profesora.

No, tak - Nikita trafił właśnie na jubileusz Gregowa, ileśtam lat pracy na uczelni. I jak tu opowiadać o zmarłej matce, gdy w domu krewnego taki jubileusz? Rzeczywiście - sytuacja dość dziwna, dość niejednoznaczna. Oto przy jubileuszowym stole - nazwijmy całą sytaucję w ten sposób - biesiadnicy prowadzą dyskusję o literaturze, wychowaniu, fizyce kwantowej ... Nikita nie potrafi się odnależć w tym świecie dziwnych, trywialnych - dla niego - rozmów. Co ja tu robię - zdaje się pytać, co mam wspólnego z tymi ludzmi, którzy obchodzą jubileusz profesora Gregowa?

Julij Bondariew chce przeciwstawić dwa krajobrazy, dwa środowiska - świat prostoty i kompromisów ze światem wielkich ambicji i pustych słów. Który jest który - nietrudno się domyslić: ten pierwszy reprezentuje Nikita, ten drugi należy do profesora Gregowa. Żadnego współczucia, żadnego odwolania się do duchowego aspektu życia - tak przyjął Nikitę wujek profesor. Młody człowiek szanuje zastałą sytuację, ale jednocześnie chce wyrwać się z ram konwenansu, który podyktował Gregow. Zwraca swoją uwagę ku synom profesora, Aleksowi i Waleremu ... Nie wie, nie przypuszcza, że to początek pewnego dramatu ... Podwójnego dramatu, można powiedzieć - pierwsza część tego dramatu rozegrała się w przeszłości i dotyczy matki Nikity, druga część tragedii wypełni się na oczach Nikity ...

Powieść jest dość sprawnie napisana - pomimo zbyt długich dialogów na początku opowieści, chociaż z drugiej strony może jest to obliczone na pewien efekt: Autor "wynudza" Czytelnika, aby w pewnym momencie przyspieszyć akcję powieści. Oczywiście - jest to umowa, taka konwencja między Autorem a Czytelnikiem - Czytelnik może przyjąc tą konwencję albo ją odrzucić. No, rzeczywiście - trzeba się przemęczyć przez kilka pierwszych rozdziałów, aby póżniej odkryć dość ciekawą narrację niebanalnej powieści.

Kiedy po raz pierwszy czytałem "Krewnych" wydawalo mi się, że jest to powieść, którą łatwo zapomnieć. Tak mniej więcej myślałem: " To tak jakby wsiąść do pociągu i patrzeć przez okno na mijające krajobrazy. Nic nie zostanie w pamięci, to tylko kolejna podróż jakich wiele w życiu". Myliłem się - z wielką chęcią wróciłem do tego pociągu i do tych obrazów. Dlaczego? Właściwie już powiedziałem, ale powtórzę: powieść jest sprawnie napisana - z niebanalną treścią, z trójwymiarowymi postaciami. Chodzi tylko o to, aby Czytelnik odnalazł się w ramach konwenansu, który proponuje Julij Bondariew w imieniu profesora Gregowa.

środa, 18 kwietnia 2012
Zamiana Julija Trifonowa

Matka Dmitriewa, Ksenia Fiodorowna, zachorowała. Podejrzewano najgorsze, chorą operowano, najgorsze potwierdziło się. Ale matka Dmitriewa, Ksenia Fiodorowna, poczuła sie lepiej, i już wkrótce wypisano ją. Właśnie wtedy żona Dmitriewa, Lena wymyśliła zamianę mieszkań. Postanowiła zamieszkać z teściową. Tak oto zaczyna się "Zamiana" Julija Trifonowa, powieść obyczajowa ze sfer mieszczańskiej Rosji Radzieckiej.

Dmitriew jest spokojny, małomówny, nie potrafi preciwstawić się żonie, żona potrafi to wykorzystać: idz i załatw tą zamianę mieszkania, no idz. Mąż ma skrupuły, które Lena momentalnie rozwiewa. Mama potrzebuje opieki, blablabla, jest coraz starsza, coraz bardziej słaba, blablabla, potrzebuje nas. Z drugiej strony z tego, co i jak mówi Lena wynika jedna rzecz - nie przepada za teściową. A zatem? Zanim odpowiem na to pytanie ...

... zadam pytanie - dlaczego opowiadanie Jurija Trifonowa nosi tytuł - "Zamiana"? A nie - jak sugeruje treść - "Przeprowadzka"? Zamiana to coś więcej niz przeprowadzka. Przeprowadzka kończy się wraz z ustawieniem mebli w nowym mieszkaniu, zamiana jest o wiele głębszym, nieomalże psychicznym procesem, wyzwaniem. I tu zapaliła się z tyłu głowy lampka - co i na co Lena chce zamienić? Z rozmowy Leny z Dmitriewem wynika, że tak naprawdę chodzi o córkę - Nataszę. Lena ma co do niej pewne zamiary, i te plany są związane z mieszkaniem Kseni Fiodorownej ... Inaczej mówiąc: kosztem zamieszkania ze świekrą Lena chce "załatwić" mieszkanie dla córki. Widać tu bezwględność, cynizm, machiaweliczność w postępowaniu. To kobieta zimna, bezduszna, widząca tylko koniec swojego nosa. Dmitriew jest za to uległy, uniżony, dusza nie człowiek - jak to się mówi. Spełnia każde życzenie żony ...

Konflikt w opowiadaniu "Przeprowadzka" jest widoczny gołym okiem: z jednej strony Lena, z drugiej Dmitriew pomiędzy nimi Ksenia Fiodorowna; trzy wizje świata, trzy obrazy rzeczywistości. Wyobrażmy sobie prostą sytuację: dwoje ludzi przeciąga linę, na której siedzi bliski tym ludziom człowiek, człowiek, który błaga o litość, o wstrzymanie działania. Jednak ci ludzie nie przestają przeciągać liny. Tylko dlaczego? Jakie zyski mają z tego przeciągania? Prawda - Lena ciągnie większą siłą, Dmitriew jest słabszy od żony, choć on też ma pewną dozę racji w sporze. Tylko dlaczego ludzie szarpią się, wyrywają z rąk to, co zdobyli przez wiele lat?

Julij Trifonow tylko relacjonuje - jest takim opowiadaczem zastanej sytuacji - wprowadza Czytelnika w świat Dmitriewa i Leny, zostawiając Go sam na sam z bohaterami. Bardzo to ciekawy zabieg literacki mający na celu uatrakcyjnić czytanie - Czytelnik ma wrażenie współodpowiedzialności za ciąg dalszy opowiadania. Nie jest to łatwa i przyjemna sprawa - im dalej w las, tym więcej drzew - że się posłużę znanym powiedzeniem. To co opowiedziałem powyżej - to dopiero szczyt góry lodowej - cytując kolejny popularny zwrot. Bohaterowie uwikłają się w taki splot wydarzeń, że sami nie bedą w stanie rozwiązać problemów. Musi coś się stać ...

czwartek, 12 kwietnia 2012

 

 

Oto zbiór opowiadań Stefana Zweiga, "Dwadzieścia cztery godziny z życia kobiety" . Stefan Zweig podejmuje w swoich opowiadaniach sprawy Człowieka: bardziej te bolesne, te mniej popularne wśród rozmów przy stole: zdradę małżeńską, inwalidztwo, ciche przyzwolenie na wszelkiego rodzaju oszustwa, wiwisekcja na "żywej" ludzkiej duszy. Te tematy - gdy podejmował je Autor - były one "nowością", jakby tu powiedzieć? bardziej postulatem do rozważań filozoficzno-etycznych niż opisem rzeczywistości. Ta filozofia zakładała, że najważniejszy jest jednak Człowiek, Człowiek nie pozbawiony wad, ale również mający w sobie zalety.

Przypatrzmy się zatem ...

Pierwsze opowiadanie, "Amok" - lekarz-ginegolog opowiada swoją historię: pewnego dnia zjawia się w jego gabinecie kobieta, która chce poddać się zabiegowi usunięcia ciąży. Lekarz nie przyjmuje oferty, która jest nadto obłożona dużą sumą pieniędzy. Kobieta wychodzi z gabinetu, lekkarz ma nadzieję już nigdy nie spotkać jej. Ale los plata rózne wątki, rózne sprawy. Kobieta pojawia się kilkakrotnie w życiu lekarza - z tą samą determinacją mówiąc o zabiegu aborcji, choć to słowo w 1912 roku, kiedy dzieje się opowiadanie, prawdopodobnie nie istniało w słowniku medycznym. Tak czy owak lekarz musi podjąć jakąś decyzję: jak pomóc kobiecie? Jak ustrzec ją przed zabiegiem niegodnym kobiety o pewnych aspiracjach społecznych ... Wpadł w tytułowy amok - w pęd pomocy człowiekowi brew woli tego człowieka. Nie zdaje sobie sprawy z tego, że poczęte dziecko jest z "nieprawego łoża" ... Ale czy to tak naprawdę rozgrzesza kobietę, jej czyn? ... Trzeba mieć na uwadze tak zwaną "Przysięgę Hipokratesa", będącą dla lekarzy swoistym dekalogiem ... Jest w niej takie oto zdanie: "Nikomu, nawet na żądanie, nie podam śmiercionośnej trucizny, ani nikomu nie będę jej doradzał, podobnie też nie dam nigdy niewieście środka na poronienie. W czystości i niewinności zachowam życie swoje i sztukę swoją". Lekarz z opowiadania Zweiga pewno znał to zdanie na pamięć ...

"Kobieta i krajobraz" - poetycka wizja spotkania kobiety i męzczyzny; w tle jest burza. W subtelny sposób Autor pokazuje zbliżenie dwojga ludzi. Trudno jest pisać o poezji, jednak dopowiem, że Zweig bardzo często używa wtym opowiadaniu słowa somnambuliczny, co oznacza, że bohaterowie są na granicy snu i jawy, że to może jest wizja jakowaś, jakaś mara. W tle jest burza - jak już mówiłem; ona ma symbolizować cielesne uniesienia. Ale czy tylko? Język opowiadania jest dyskretny, pozbawiony konkretów. Można powiedzieć, że niniejsze opowiadanie mówi o spotkaniu, a nie jest tym spotkaniem. Inaczej mówiąc: Autor przygląda się, a nie wchodzi w relacje z bohaterami. Rzeczywiście trudno jest mi pisać o poezji tego opowiadania: trzeba je przeczytać, po prostu przeczytać. Ma coś to opowiadanie z Freuda, powiem na koniec. Świadomość, podsiadomość, popęd libido, nieświadomość - warto spojrzeć do encyklopedii, do powyższych haseł, aby zrozumieć "Kobietę i krajobraz". Tu, w tej notce jest zbyt mało miejsca ...

"List od nieznajomej" - literat R., znany powszechnie pisarz, dostaje list, list szczególny - pisze doń kobieta, z którą miał przelotny romans, a o którą wogóle nie dbał. Ona wręcz odwrotnie - R. był dla niej kimś opatrznościowym, kimś wyśnionym, kimś na kształt boga i władcy: śledziła jego każdy krok, każdy gest, każdy uśmiech. To jakby amok lub dzikie zauroczenie. Znajomość kobiety z literatem R. miała jedną wadę: kobieta nie opowiadała o swoich potrzebach, mężczyzna zbywał ją "lekkim" słowem, dość łatwym żartem. Nie potrafili, nie chcieli czy może mieli inne powody - tak czy inaczej znajomość złamala się, zosała przerwana. Ale kobieta nadal śledziła literata R., miała swoje powody ... Znowu - jak w poprzednich opowiadaniach - mamy człowieka na granicy realności i snu, kobietę na skraju życia i śmierci - i tu nie chodzi o śmierć biologiczną, ona umiera z miłości - może to dziwnie brzmi w wieku Komputera i Pieniądza - ale człowiek jest tylko człowiekiem, nawet, gdyby był obłożony wszelkimi nowinkami z dziedziny informatyki, pozostanie tylko i wyłącznie człowiekiem. I dlatego nie powinniśmy się dziwić, że ktoś umiera z miłości - to znaczy tęskni. Tęsknota to rzecz normalna u człowieka.

"Ulica w świetle księżyca" - Autor opowiadania spotyka w zaułku miasta wynędzniałego, wychudzonego człowieczka. Siedzi "w kucki" przed witryną restauracji. Po chwili człowieczek wchodzi do środka, Autor jest świadkiem dość nieprzyjemnej sceny: właścicielka restauracji naigrawa się z człowieczka, prawie go wdepuje w podłogę - mowiąc obrazowo. Człowieczek milczy, prosi tylko o zupę. Gdy człowieczek wychodzi ( nie mam innego określenia dlań, Czytelnik zrozumie to, gdy przeczyta opowiadanie - przepraszam za powtórki) z restauracji, Autor podąża za nim. "Po drodze" ów typ opowiada swoją historię: kobieta z restauracji to żona, żyją odseparowani od siebie, bez rozwodu jednak, a wszystko przez ... pieniądze.Nie będę dalej opowiadał, niech Czytelnik sam przeczyta ciąg dalszy. Powiem tylko, że - tak jak w przypadku kilku innych opowiadań - tak i tu może dziwić temat opowiadania. W XX i na początku XXI wieku takich sytuacji jest bez liku: ona i on i ten trzeci - majątek. No, ale cóż: może Zweig, gdy pisał w latach 20. XX wieku był tak oszołomiony zagadnieniem, które podpowiedział człowieczek z zaułka miasta, że postanowił owo zagadnienie przełożyć na język literacki? Kto to wie ...?

"Leporella" - Historia służącej. która służy u bogatych ludzi. Niejedno widziała, niejednemu się przyglądała. Zmienia się pod wpływem służby " u państwa": staje się bardziej rozmowna, bardziej przystępna. Jest to dość znamienny rys dla opowiadania.Wszystko wyda się w poincie opowiadania.Pewnego razu "pani" wyjezdza, "pan" wykorzystuje moment, aby złożyć dwuznaczną propozycję szesnastoletniej dziewczynie. Po prowrocie "pani" rozpętało się piekło domowe. A to dopiero początek niesczęść, wierzchołek góry lodowej ... Wydaje mi się, że Zweig podjął temat krytyki mieszczańskiego małżeństwa z przełomu wieków - 19. i 20. Najlepszym obserwatorem ma być właśnie służąca: osoba niezgrabna w swoich ruchach, bez pretensji o wykształcenie. Czasami bezbronna, czasami harda, nie ulega to żadnej wątpliwości. Można jej nie lubić za wścipskość, ale trzeba cenić za rozsządne decyzje. Mądre decyzje, które przydadzą się w poincie opowiadania ... Mówię o pierwszej poincie; zdarza się tak, że opowiadanie ma dwa zakończenia: oprócz wątku "pana i pani", jest wątek samej służącej - ten wątek zakończy "pan", jezeli mogę tak to opowiedzieć. I tu rozsządek służacej ... Nie, już kończę opis - nie powiem nic poza tym co powiedziałem.

"24 godziny z życia kobiety" - Ludzie zgromadzeni w pesjonacie na Riwierze są oburzeni. Pewna dama z towarzystwa, żona i matka, podjęła romans z młodszym od siebie człowiekiem. Wszyscy są oburzeni, potępiając ową damę. Jedna tylko osoba milczy - starsza niewiasta, pani C. Co jest powodem jej milczenia? Ma ona przecież podobne doświadczenie - dwudziestoczterogodzinny romans z młodzienczem, ktry mógłby być jej synem. Młodzieniec ów jest hazardzistą i szulerem; pod wpływem romansu chce zakończyć dotyhcasowe życia. Kobieta prowadzi go do kościoła, gdzie następuje akt skruchy. Młodzieniec wydaje się być zadowolony z przebiegu zdarzeń ...Czy warto ze swojego życia poświęcić dobę, aby móc uszczęśliwić siebie i kogoś innego? Ale tylko na moment, na krótką chwilę? Zweig próbuje odpowiedzieć na te pytanie poprzez niniejsze opowiadanie. A oto link do słuchowiska radiowego wegług niniejszego opowiadania - słuchowisko.

"Zbiór, którego nie było" - Narrator spotyka w pociągu człowieka, który opowiada pewną historię: jest on księgarzem, prowadzi "zwykłą" ksiegarnię, ale także "wysyłkową". W starym dokumentach znalazł listy od Radcy Y., klienta właśnie tej drugiej, "wysyłkowej" księgarni. Korespodencja ustała kilka lat temu, więc księgarz uznał, że Radca nie żyje. Jednak bibliotekarz chciał sprawdzić owe przypuszczenia na własne oczy. Radca Y. jednak żyje, ma się dobrze, tylko jest ... ociemniały. Jak zatem mógł oglądać obrazy, które wysyłał mu nasz bibliotekarz? Dalszy ciąg opowiadania przynosi odpowedz ... Jest to opowiadanie o złudzeniu, o potrzebie takiego złudzenia. Co oddamy za chwilę wytchnienia? za moment nieskazitelnego błękitu?

"Mendel od książek" - Jakub Mendel to człowiek, ktory kocha książki. Siada przy swoim ulubionym stoliku kawiarnianym i czyta.Można powiedzieć, że ten człowiek i ta kawiarnia nie potrafią bez siebie żyć, są jednym ciałem, jedną duszą. Ludzie mają go za niegrożnego dziwaka i zwruszają ramionami. Jakub jakby tego nie dostrzega - jest zajęty sobą i książkami. Zna wszystkie tytuły - katalog ma w głowie, można u niego "kupić" wiadomości o wszystkich książkach wydanych na świecie. Pewnego dnia jednak coś się wydarza, coś, co zakłóci rytm życia Jakuba Mendla ... Jakub Mendel jest kimś w rodzaju outsaidera, odrzutka społecznego, ale jest w nim zgoda na taki stan rzeczy. Jeśli ktoś się zgadza na coś - powinno to być uszanowane, prawda? Ale gdy człowiek popełnia ... Nie, cichosza - koniec opisu.

"Nowela szachowa" - 1941 rok; na statku pasażerskim płynącym do U.S.A. spotykają się arcymistrz szachowy, Mirko Czentovic i były więzień polityczny, doktor B., którego pasją wyniesioną z więzienia jest rozgrywanie partii szachowych. Dla Czentrovica jest to kolejne spotkanie przy planszy szachowej, dla doktora B. dramatycny pojedynek ze sobą i ze swoimi wspomnieniami. Otóż doktor B. ma objawy rozdwojenia jazni, dziwne, niepokojące myśli, i te myśli, skojarzenia przenosi na grę w szachy.Opowieść jest antyhitlerowskim manifestem Autora, poprzez wspomnienia Doktora B. Czytelnik dowiaduje się o warunkach panujących w więzieniach założonych na bezpośredni rozkaz Adolfa Hitlera. Jednocześnie mamy - jakby tu powiedzieć - wspaniały? doskonały? bajecznie dobry? opis przezyć doktora B. Godne polecenia opowiadanie - jednocześnie chce nadmienić, że istnieje przedstawienie teatralne Krzysztofa Kieślowskiego po tytułem " Szach Królowi", napisane na podstawie omawianego właśnie opowiadania.

 

wtorek, 03 kwietnia 2012
"Złoto nie złoto" Stanisławy Fleszerowej-Muskat

Julian Asanowicz jest młodym, obiecującym pisarzem. Ma na koncie tomik opowiadań i dwa tomiki poezji. Teraz - gdy rozpoczyna się powieść - cierpi na brak tematów, czuje niemoc twórczą. O byle co robi awantury swojej dziewczynie, Majce. Po kolejnej sprzeczce wyprowadza się do kolegi, Andrzeja. Tymczasem Oddział Pisarzy przy Centralnej Radzie Związków Zawodowych przesłał stypendia. Julek bierze pod uwagę tę ewentualność - stypendium na wyjazd gdzieś na głęboką prowincję. Po krótkim zastanawieniu pakuje walizkę. Głęboką prowincją okazuje się być Zagłębie Miedziowe w południowozachodniej Polsce.

 

Oto "Zoto nie złoto" Stanisławy Fleszerowej- Muskat. Mamy koniec lat 70. Julian Asanowicz trafił więc do Zagłębia Miedziowego. Cel jest jasny i głęboko przemyślany - napisać powieść o górnictwie, o ludziach związanych z kopalnią. Tak cel jest i może już sformułowany, ale życie jest o wiele ciekawsze niż literatura. Sześćset metrów pod ziemią, w kopalni, gdzie Julek się udał "po naukę" spotyka czowiek, który pochodzi Jugosławii i pamięta legendy związane z bitwą nad Sutjeską, w której brał czynny udział Tito, przyszły prezydent Jugosławii, a o której amerykanie nakręcili film - w rolach głównych Richard Burton i Elizabeth Taylor. Julkowi nie daje to spokoju: wieczorem, w hotelowym pokoju zaczyna kreślić, szkicować plan opowieści o tych dwojgu aktorach. I tu trzeba od razu dodać, że po kilku dniach musiał wyprowadzić się z hotelu, a zamieszkał "przy rodzinie" Rokitków. Jest to ważny fakt dla powieści, o czym opowiem poniżej.

Rzeczywiście - to dziwne: w dzień ogląda życie prowincjonalnego miasteczka, którego mieszkańcy mają ambicje, aby wybić się na lepsze życie; wieczorem zaś pisze o sprawach, o których ma jedynie mgliste pojęcie. Oczywiście - zbiera "materiał" dla miedziowej powieści, ale woli, preferuje historię Richarda Burtona i  Elizabeth Taylor.

Stanisława Fleszerowa- Muskat bardzo dobrze prowadzi akcję powieści. Prawdopodobnie chciała przeciwstawić dwa światy, a może inaczej: chciała zapytać o to, kiedy kończy się fikcja, kiedy zaczyna prawdziwe życie. Realne osoby wkraczają w istnienie bohaterów powieści Juliana. Nie robią tego na przekór, na złość - po prostu nie potrafią przyzwyczaić się do "pana literata" i jego potrzeb ( zwracam uwagę na rozmowy Julka z córką Rokitków, Kasią). A przecież ich życie jest równie ciekawe i inspirujące. Niestety, Julian Asanowicz woli inny temat niż Zagłębie Miedziowe. Tylko dlaczego - zastanawiałem się cały czas. Co skłania Julka o pisania powieści biograficznej amerykańskich aktorów?

Julek ( po jakimś czasie) zaczyna jednak dostrzegać problemy małego miasteczka w Zagłębiu Miedziowym. Włącza się w powszednie życie Rokitków; staje się jednym z nich. Coraz bardziej jst przekonany co do słuszności wyjazdu ...

Nie jest tajemnicą, że Stanisława Fleszerowa-Muskat była przychylna władzom komunistycznym. Dlatego też wybierała takie tematy, aby przypodobać się odpowiednim ludziom. W przypadku powieści "Złoto nie złoto" jest podobnie. Już sam wybór miejsca akcji jest symptomatyczny: miedz po węglu i stali oraz rudzie stali była kolejnym znakiem firmowym Polski Ludowej końca lat 70. Takim kwiatkiem do kożucha, uzewnętrznieniem siły ówczesnego państwa polskiego. Również wybrany temat przez Julka jest zabiegiem "dla władzy". Tito w tym czasie był ukazywany jako bohater narodowy, ba - bohater internacjonalistyczny - przecież tym człowiekiem zainteresowali się Amerykanie ...

Pomimo tych "ideologicznej" otoczki wokół powstania powieści, czyta się ją wyśmienicie. A to dzięki formie, którą nadała książce Fleszerowa-Muskat: żywa akcja, przemyślane postaci od początku do końca, bardzo ciekawie zapisane dialogi, tło powieści również przyciąga uwagę. Jest to "spełniona" powieść - jak spełniony jest sportowiec, który zdobył wszelkie możliwe medale na międzynarodowych arenach i teraz ogląda te zdobycze na ścianie swojego mieszkania. Czytelnik powieści Fleszarowej-Muskat również może być usatysfakcjonowany: otrzyma złoto, choć z domieszką miedzi.

czwartek, 29 marca 2012
"Wrogowie" Isaac Bashevis Singer

Isaac Bashevis Singer urodził się w Polsce, w Leoncinie. Zadebiutował w 1925 r. krótkim opowiadaniem "Na starość", które zostało opublikowane na łamach "Literarische Bleter" w ramach konkursu literackiego i podpisane pseudonimem Ce(Tse). Oprócz tego pisał wiele wprawek kuchennych do szuflady, które jednak uformowały jego przyszły styl i wpłynęły na jego całą twórczość. Pierwszą jego powieść "Szatan w Goraju" publikowano w odcinkach w latach 1933-1934 w czasopiśmie literackim Globus, które powstało z inicjatywy jego przyjaciela poety Aarona Zeitlina oraz samego Singera. W całości powieść ta została opublikowana w 1935 r. i ta data jest często uważana za rok debiutu Singera. Powieść opowiada historię pogromu Żydów ze wsi Goraj nieopodal Biłgoraja, dokonanego przez kozaków w czasie Powstania Chmielnicka w 1641 r. kiedy to zginęła 1/3 miejscowej ludności. Centralną osią powieści jest wpływ jaki na właśnie niszczoną społeczność żydowską miało objawienie kabalisty ze Smyrny, Sabataaja Cwi, który obwieścił się w tym samym roku mesjarzem. Do tego samego wątku Singer wrócił później w powieści "Niewolnik" wydanej już w Stanach Zjednoczonych w 1962 r. Z powodu trudnej sytuacji materialnej oraz obawiając się narastającej fal narodowego socjalizmu, Singer z pomocą swojego brata wyemigrował do U.S.A w 1935 r. Wymagało to rozstania z jego partnerką (nigdy nie wzięli ślubu), Rachelą (Rochl Szapiro) i synem Izraelem, którzy wyjechali najpierw do Moskwy a następnie przez Turcję do Palestyny. Singer osiedlił się w Nowym Jorku, gdzie, znowu dzięki pomocy brata, otrzymał pracę dziennikarza, korektora i tłumacza w czasopiśmie "Zydowskie wiadomosci" (jidisz: פֿאָרװערטס). Zaczął drukować w nim powieść "Grzeszny Mesjasz". Mimo dobrego startu szybko wpadł w depresję i zagubienie, które później opisał w opowiadaniu "Zagubiony w Ameryce" (1974) oraz fabularyzowanej powieści autobiograficznej "Miłość i wygnanie".

 Isaac Bashevis Singer, najwybidniejszy pisarz tworzący w języku jidisz, napisał powieść "Wrogowie" już na emigracji, w Stanach Zjednoczonych Ameryki, w 1972. Był wtedy dojrzałym człowiekiem. "Wrogowie", treść, forma, przekaz emocjonalny powieści potwierdzają niniejszą tezę. O takim pisarzu można śmiało powiedzieć - geniusz. Ale po ...

... kolei: mamy zatem rok 1972 - na półkach księgarskich pojawiają się "Wrogowie". Głównym bohaterem powieści jest Herman Broder, żyd, w czasie II wojny światowej ukrywający się dzięki Polce, Jadwidze. Po ukończeniu działań wojennych bierze z nią ślub, z wdzięczności bardziej niż z miłości. Nie jest to udane małżeństwo - Herman ma kochankę, Maszę; po pewnym czasie Jadwigę zaczyna traktować jak służącą, garkuchnię. No, tak - o czym tu z nią, chłopką, rozmawiać, kiedy człowiek ma szerokie horyzonty myślowe, pewne ambicje, wymagania? Masza to zupełnie inna kobieta - oczytana, z głową pełną pomysłów. Jest na każde skinienie Hermana.

Sprawy jeszcze bardziej się komplikują, gdy pojawia się pierwsza żona Hemana. Herman tuż przed wybuchem wojny wziął ślub z kobietą, która miała zaginąć w czasie zawieruchy wojennej. A jednak Tamara, tak ma ona na imię, przeżyła - i teraz dopomina się o swoje prawa. I to jest dopiero początek kłopotów Hemana ...

W 1972 roku ludzkość obchodziła kolejną, 27. rocznicę zakończenia II Wojny Światowej, a Isaac Bashevis Singer wciąż żył wojną. Herman Broder - prawdopodobnie Alter Ego samego Pisarza - ma niepokojące sny. Walczy - sam jeden - z milionową armią niemieckich żołnierzy. Jest Supermenem, Władcą Ognia; jednak gdy się budzi, otacza go znów dzień powszedni, dzień do udzwignięcia. Napisałem na początku recenzji, że treść, forma, przekaz emocjonalny powieści potwierdzają dojrzałość Autora. Treść już znamy - bez pointy, jak zwykle. Forma? Niby romans, ale tak naprawdę jest to moralitet obyczajowy, w który wplecione są watki romansowe: przypatrzmy się - Herman dyskutuje z Maszą o Bogu, o życiu, o granicy poznania, a jednocześnie sypia z nią. Gdy budzi się po "ciężkiej nocy", pełnej snów, o których była mowa w poprzednim akapicie, zastanawia się nad zbrodnią i karą, a jednocześnie pieści słodkimi słowami ucho Jadwigi. To jest przecież życie: spójrzmy ile wątków plecie się jednego dnia: wsiadamy na przystanku do autobusu, po chwili mijamy jakiś wypadek, całującą się parę, nowy dom. Czy to nas nie powinno bezpośrednio dotykać? Być może nie, ale gdy "to" jest w nas, jak  wojna w Hermanie? To zupełnie inna kwestia.To tak jakbyś, Czytelniku, "siedział" w internecie kilkadziesiąt godzin, a gdy byś był zmuszony "wyjść" z tego świata, to byś zapewne się zdziwił, że słońce świeci, pąki na drzewach rosną ... Na pewno nie czułbyś się komfortowo, musiałbyś się na nowo przyzwyczajać do nowego życia. A tu przecież masz trzy kobiety, które mają swoje potrzeby. I co byś, Czytelniku, zrobił w takiej sytuacji? Pytanie pozostawiam bez opowiedzi. Isaac Bahevis Singer zrobił to o sto nieba lepiej ode mnie. Powiem tak: nie można się oderwać od przemyśleń, którymi obdarzył nas Autor w powieści. I tu dochodzimy do trzeciej kwestii - przekazu emocjanalnego powieści. Mówi się, że trzeba mieć serce z kamienia, aby nie zapłakać nad losem bohaterów " Love story". Tu jest podobnie: trudno przejść obojętnie wobec losów Hermana Brodera - niepokój, jakiś taki chaos mentalny, jakiś taki nieporządek w głowie i sercu bohatera można wyczuć. Nie ma jednej, dobrej odpowiedzi - co tak naprawdę "siedzi" w tym człowieku, ale z pewnością trzeba się pochylić nad jego życiem. Czy takim człowiekiem był Isaac Bashevis? Prawdopodobnie tak, prawdopodobnie - jak już mówiłem - Herman jest Alter Ego samego Pisarza. Trzeba by wczytać się w biografię Singera. W Vikipedii coś nie coś jest o tym człowieku powiedziane. Westchnąłem aż, pomyślałem bowiem, że powieść "Wrogowie" jest tak naprawdę o społeczności żydowskiej, której Herman jest tylko przedstawicielem. No coż, przecież literatura taka jest: w bohaterach książek można ujrzeć naszych znajomych, sąsiadów, krewnych. I to jest piękne, fascynujące: zobaczyć w lustrze literatury nasz codzienny świat. Jeszce więcej: świat w proporcjach jeden do jednego - bez żadnej mistyfikacji.

 

Język? Nie mam zwyczaju cytować fragmentów omawianej powieści, ale tutaj zrobię wyjątek. Oto ten fragment: "Herman wsiadł do autobusu z Union Square na East Broadway i zaczął wyglądać przez okno. Okolica zmieniła się od jego przyjazdu do Ameryki. MIeszkało tu teraz dużo Portorykańczyków. Całe rzędy domów były zburzone. Mimo to, od czasu do czasu wciąż można było zobacyć napis po żydowsku, a tu i ówdzie synagogę, jesziwę lub dom dla starców. Gdzieś tu był zarząd Towarzystwa Żydów z Cywkowa, którego Herman tak troskliwie starał się unikać. Autobus mijaj koszerne restauracje, żydowskie kino, łażnię rytualną, salę, którą można było wynając na wesele czy bar mycwę i żydowski zakład pogrzebowy. Herman widział młodych chłopców z pejsami dłuższymi niż kidykolwiek widywał w Warszawie; na głowie mieli szerokoskrzydłowe welwetowe kapelusze. To w tej części miasta i po drugiej stronie mostu w Williamsburgu zamieszkali węgierscy chsydzi, zwolenicy rabinów z Sącza, Belża i Bobowej i kuntynuowali dawne spory. Niektórzy ordoksyjni chsydzi odmawiali nawet uznania państwa Izrael" [ cytat za : Isaak Bashevis Singer, Wrogowie. Opowieść o miłości, Warszawa , Wyd. Punkt, 1992, strona 103 ]. Nic dodać, nic ująć - niby to jest opis budynków; ale tak naprawdę wygląda ten fragment na żywy puls życia - ile tu można wyczytać między wierszami!

 

Powieść "Wrogowie" Singera trzeba już odłożyć na półkę. I wypowiem jedno magiczne słowo - "dziękuję". Za przeżycia, za nieopisane w tej recenzji oddechy Wielkiej Literatury. Bo nie da się w tak krótkiej formie, jaką jest recenzja, opisać wsystkiego, tego, co się przeżyło czytając powieści Singera. Dziekuję jescze raz ...

 

 

sobota, 24 marca 2012
piątek, 23 marca 2012
"Epizod w Palmetto" Erskine Caldwella

 

Erskine Caldwell, "Epizod w Palmetto"; wydana w podobnej stylistyce co "Ostatnia noc lata". Na górze okładki imię, nazwisko Autora oraz tytuł, całą okładkę zajmuje pastelowy rysynek sugerujący akcję powieści. Z tyłu okładki symbol wydawcy i miejsce na cenę. Czy taki zabieg wydawnictwa jest istotny dla Czytelnika - niedługo się okaże ...

 

Vernona Stevens to młoda, atrakcyjna kobieta. Z zawodu jest nauczycielką. Pewnego dnia miłość wyznaje jej uczeń, Floyd Neighbors. Jest to dla Vernony trudna sytuacja, bezkompromisowa. Nie chce urazić chłopca, choć jednocześnie musi powiedzieć stanowcze "nie". Floyd upiera się przy swoim, daje do zrozumienia, że chciałby odprwadzić "panią psorkę" do domu. Vernona po dłuższym zastanowieniu i naleganiom chłopca zgadza się na ten kompromis. Wie, że między nauczycielem a uczniem powinna być pewna granica dystansu, lecz jednak zgadza się na przejście na "ty" z Floydem - być może pod wpływem chwili, pod wpływem ładnych oczu chłopca ... Czy będzie załować? Nie, tego w pierwszym rozdziale nie dowiemy się. Akcja biegnie dalej, wytoczonymi ścieżkami ...

 

( Tak na marginesie: poprzednia powieść Caldwella "Ostatnia noc lata" podobnie się zaczyna - od wyznania miłości. Oczywiście - tam miłość wyznaje dorosła osoba, tu - młody, niedoświadczony człowiek. Ale jakieś mam takie wrażenie, że Autor chce "sprawdzić" inny wariant tego samego tropu literackiego, tropu który można nazwać: "podryw w miejscu pracy" - ale być może to tylko takie wrażenie, być może podobna stylistyka wydawniwnicza obu powieści,o czym już napomknąłem w pierwszych zdaniach recenzji, być może moje wyobrażenie o pisaniu powieści, być może fakt, że obie powieści napisał ten sam Autor; ale nie mam innych, naukowych podstaw, aby tak twierdzić* - zatem zamykam już nawias).

 

Następnego dnia Vernonę odwiedza Jack Cash, następnego M.G. Junior, jeszcze następnego niejaki Thursston. Można tych panów nazwać elitą Palmetto, a łączy ich również chęć podbicia serca Vernony Stevens. Dziewczyna nie wie co zrobić, jak zareagować. Kolejne randki z trzema nieznajomymi utwierdzają ją w przekonaniu, że jest najlepszą partią w mieście, jednocześnie nie potrafi zaufać tym panom - zbyt szybko wykładają karty na stół. Dodatkowym zmartwieniem dla Vernony jest Floyd Neighbors ...

 

Tło powieści to życie małego miasteczka, gdzieś w Ameryce. Są aż trzy miejscowości w U.S.A. o nazwie Palmetto: na Florydzie, w Georgii oraz w Luizjanie. Nie wiem gdzie, w którym mieście Caldwell osadził miejsca akcji - tak czy inaczej - patrząc na mapę Stanów Zjednoczonych - można jednoznacznie powiedzieć, że żadne z wyżej wymienionych osad nie pretenduje do grona znanych, cenionych miast na swiecie. Mam podstawy twierdzić, że są to odpowiedniki podwarszawskiego Pruszkowa czy Ozorkowa pod Łodzią. Ciche, senne, bez kaprysów miasteczka. Patrzymy na te miasteczko z perspektywy Vernony, mamy jasny obraz pragnień, marzeń tej młodej dziewczyny. Vernona ma nadzieję, że dożyje w takich okolicznościach przyrody męża, gromadki dzieci i skromnej nauczycielskiej emerytury. No, tak - tylko ci panowie trzej, i Floyd - którego za żadne skarby świata nie można ( jeszcze) zaliczyć do mężczyzn - uwierają jak uwiera palec w zbyt wąskim bucie ... Tylko dlaczego? ... Nie, więcej nic nie powiem - zbliża się pointa.

 

Język powieści "Epizod w Palmetto" jest "normalny" - bardzo podobny do tego, który Autor użył w "Ostatniej nocy lata". Te same chwyty stylistyczne, ten sam rodzaj zdań. To jest pozytyw - nie negacja; takie powieści czyta się lekko i bez takiego zobowiązania - muszę, muszę, muszę to przeczytać - nie, można odłożyć na półkę i po jakimś czasie powrócić doń - być może trzeba wsiąść do pociągu? Kto wie ...

 

poniedziałek, 19 marca 2012
"Ostatnia noc lata" Erskine Caldwell

 

Nad miastem przetaczają się burze. To ostatni dzień lata - ziemia zgromadziła zbyt wiele żaru, żeby było spokojnie. Coś musi wybuchnąc. I nie tylko burze mam na myśli. Takie jst przesąd w małym miasteczku amerykańskim - gdy nad ziemią zawiszają gromy i pioruny - coś musi się stać.

 

Roma, młoda, elegancka, młoda kobieta, pracuje w biurze Broooka Ingrahama - przystojnego mężczyzny, statecznego męża i ojca. Roma podkochuje się w szefie - i dzisiejszego wieczora, wieczora z burzami, ma zamiar mu to wyjawić.Dochodzi do zbliżenia, do pewnego rodzaju dekralacji z obu stron. Tymczasem Maureen, żona Brooka, alkoholiczka - powiedzmy to wyraznie - nie mogąc się doczekać męża - wsiada do samochodu. Dochodzi do kraksy ...

 

Brook i Roma uwawiają się na "rozbieraną" randkę - jakby tu powiedzieć - w hotelowym korytarzu. Nie są świadomi tego, co się stało Maureen ... Rozstają się pełni miłości, pełni pożądania. Roma ma czekać w domu telefonu od Brooka.

 

Brook nie wraca do domu - wędruje po mieście, odwiedzając najbardziej doborowe miejsca w mieście, na czele z Gospodą Automobilistów. Tam dowiaduje sę o Maureen. Tymczasem Roma nie mogąc się doczekać jakiekokowiek sygnału od Brooka postanawia go odnależć. W ciemnym zaułku mista spotyka człowieka, który każe się nazywać Lis.

 

Banał, prawda? Romans szefa z sekretarką, to banał, proszę państwa. A właściwie początek romansu, jakby szypułka owocu - do zdrady Brooksa i Romy jeszcze nie doszło ... Przez całą opowieść czekamy na nią, oczekujemy rozwiązania, aby na drzewie pojawił się dojrzały owoc. A jednak banał, będę się upierać. Ale dodam na pocieszenie - niezle napiszany. Autor zna ludzką psychikę, jej zaułki, jaskinie. Szczególnie polecam wstawki w oglągłych nawiasach - no, dużo ich jest, może to irytować bardziej wyrobionego czytelnika, ale z drugiej strony warto je przeczytać dla pełniejszego obrazu powieści. I ten wątek człowieka o pseudonimie Lis - wątek pojawiający się nagle, bez żadnych wstępów. Jest to wątek kryminalny - tyle mogę powiedzieć, tyle mogę wyjawić.

 

Język powieści jest "normalny" - zdania są budowane na zasadzie "podmiot, orzeczenie, dopełnienie". Zdania, tam gdzie należy są pojedyńcze,a tam gdzie jest to konieczne złozone. W warstwie dialogu występują równoważniki zdania. Można powiedzieć - powieść "Ostatnia noc lata" staje się podręcznikiem jak nalezy budować frazy, zwroty i wypowiedzenia.

 

Powieść "Ostatnia noc lata" można zabrać do pociągu. Wsiadamy na Dworcu Centralnym w Warszawie a na Dworcu Głównym w Krakowie już jesteśmy po lekturze. Tak szybko się ją czyta. A czy szybko zapomina? Powiem tak: po raz pierwszy "Ostatnią noc ..." czytałem dwadzieścia lat temu, na rzecz recenzji musiałem przeczytać jeszcze raz: kilka spraw pamiętałem, tak ogólnie,tak schematycznie; tak jak się pamięta dawno niewidziany krajobraz. Można wskazać współrzędne geograficzne na mapie, ale to wszystko. Są takie ksiązki: na jedną podróż, na jeden wieczór, na jeden oddech - i trzeba się z tym pogodzić. Inaczej mówiąc: "Ostatnia noc lata" to nie półka Antoniego Czechowa czy Josepha Conrada; lecz przecież są. A jeśli zaistniały, trzeba je przeczytać. Aby bardziej docenić Czechowa, Conrada czy naszego Żeromskiego.

 

niedziela, 11 marca 2012
"Zgadnij!" G.W. Mackwall

Przyjacielowi, który podarował niniejszą powieść, dedykuję

Zacznę od żartu: Kolega zapytał: - Co czytasz? Odpowiedziałem: - Zgadnij! Kolega:- No, nie wiem .. Ja:- To tytuł, "Zgadnij!". Coś w tym jest, że tytuł powieści może sugerować treść. Proszę zgadnąć jaki gatunek reprezentuje powieść G.M. Mackwalla pod tytułem "Zgadnij!"? Tak, zgadliście - to kryminał. Nie dość na tym: na okładce jest taki napis: "Rozwiązanie może być szokujące". Autor tych słów nie podpisał się, domniemywam, że to Wydawca zasugerował czytelnikom pełne wrażeń chwile z książką. Jeszcze jedno: na skrzydełku okładki zamieszczono fotografię Autora w luksusowym aucie. To wybuchowa mieszanka na dzień dobry: tytuł, postulat Redaktora i zdjęcie Pisarza. Jeśli taki był zamiar - skłonić czytelnika do zakupu ksiązki - to chyba się udał, czytałem gdzieś na portalu wydawniczym, że "Zgadnij!" została wykupiona na pniu. Ja jej nie kupiłem - Przyjaciel mi ją podarował, dodając pewną informację: wygrałam tę książkę w konkursie radiowym ( Przyjaciel jest kobietą, stąd żeńska forma czasownika). Tu coś nie współpracuje, nie gra, tu jest jakieś niedomówienie. Jeśli Mój Bliski Przyjaciel wygrał ksiązkę w konkursie, a na portalu społecznościowym ludzie opowiadają, iż nakład został wyczerpany już po paru tygodniach, to coś jest "nie halo" - jak mówi mój osiemnastoletni kuzyn. Czyżby Wydawca miał w "zapasie" kilka, kilkanaście egzemplarzy, aby móc podarować je stacji komercyjnej? I w ten sposób robił darmową reklamę sobie i powieści? To dlaczego w internecie jest informacja o wykupieniu wszystkich egzemplarzy? Ot, zagadka! ( A tak na marginesie: istnieje w Polsce instytucja

egzemplarza obowiązkowego Jest to nałożony na wydawców obowiązek dostarczania do określonych bibliotek nieodpłatnie druków, książek oraz dokumentów dżwiękowych i audiowizualnych. W Polsce prawo to obowiązuje dla wydawnictw wydawanych w kraju lub za granicą przez polskie placówki. Drukarnie polskie działające na zlecenie wydawcy zagranicznego powinny przekazać po jednym egzemplarzu do Biblioteki Narodowej i Biblioteki Jagiellońskiej - ciekawe czy Wydawca powieści "Zgadnij!" dostarczył odpowiednim instytucjom egzemplarze książki).

Powieść zaczyna się od ... morderstwa. Nie ma tu zadnego zaskoczenia. Dobry kryminał powinien zaczynać się od zabójstwa - wybuch wulkanu na sam pocżatek a pózniej napięcie rośnie - jak mawiał Alfred Hitchock. Nieboszczyk nazywał się Torben Vadsholt. Był dyrektorem wielkiej międzynarodowej korpolacji przemysłowej z siedzibą w Danii. Miał piękną żonę, ktora go zdradzała z najlepszym przyjacielem. Kto mógł zabić Torbena, przecież nie miał żadnych wrogów - tak twierdzi sam Autor. I tu zapala się czerwona lampka z tyłu głowy - żona, która zdradza męża może okazać się największym wrogiem; już nie wspominam jej kochanka. Ale to rozwiązanie byłoby zbyt proste, zbyt oczywiste. Autor wymyśla zatem wątek polski - że tak powiem. Tuż przed śmiercią, Torben zakłada filię swojej firmy w Łodzi, tym samym na kartach ksiązki pojawia się Jacek, młody Polak z ambicjami. Odegra niepoślednią rolę w powieści.On i jego żona. Nie dość na tym: na Torbena czychają zamaskowani bandyci w zamaskowanych samochodach, Torben ledwo uszedł z życiem - i tu po raz pierwszy w powieści pojawia się policja. Policja, która jednak nie powstrzyma zabójcę/zabójców. A morderstwo jest tuż, tuż ... Ale ...

..G.M. Mackwall pozwala sobie na wiele: wtrąca nowe wątki, które na pierwszy rzut oka nie pasują do reszty opowieści, daje przewrotne zmiany akcji. W pewnym momencie naprawdę mnie zaskoczył - oczywiście nie podam szczegółów - zepsułbym przyjemność czytania. Odpowiem jedynie na pytanie: czy pointa zaskakuje, jak chce Wydawca: tak, zaskakuje; morderca pojawia się niczym deux ex machina - nie z tej strony, z której się spodziewamy. I tu rzeczywiście wpisue wielki plus dla Autora - jest to majstersztyk literacki. Alfred Hittchock mawiał - jak już wspomniałem - że na początku filmu ( a w naszym wypadku powieści) ma być wybuch wulkanu, a póżniej napięcie niech rośnie. Rzeczywiście - "Zgadnij!" jest taką powieścią - czyta się ją z rosnącym zainteresowaniem, aż do pointy.

Ma powieść "Zgadnij!" i słabe stony. Język - taki trochę dziennikarski, trochę podwórkowo-uliczny, trochę taki . Czyli: mieszanka wybuchowa, moi panowie i miłe panie. Podobnie ma się z dialogami - można lepiej je zapisać, połączyć z narracją. I jeszcze jedno: Autor w pewnych miejscach "wtrąca" tekst pisany kursywą - jest to słowo od Narratora, odkrywające tajemnice powieści. To zabieg niepotrzebny moim zdaniem, wprowadzający zamęt w umyśle Detektywa, przepraszam Czytelnika, który powienien stać się dopiero Detektywem.

 Czy potrzebny był zabieg marketingowy ze strony Wydawcy. Wydaje się, że nie. Sama by się obroniła - pomimo słabych punktów - zwłaszcza w warstwie językowej. Broni się treścią i warstwą zagadki kryminalnej. I bez obrazy Drogi Wydawco: mój Przyjaciel ma rację mówiąc, że zdjęcie Autora w luksusowym Aucie jest zbędne - ksiązka to ocywiście towar, ale bez przesady. Gdyby okładka była inna ... I to wszystko ...

 

środa, 07 marca 2012
Paweł Huelle, "Opowiadania na czas przeprowadzek"

 

Paweł Huelle, "Opowiadania na czas przeprowadzek". To Autor i tytuł. Encyklopedyczna notatka, nic nie mówiąca o zawartości. Książkę trzeba otworzyć i przeczytać, aby stała się światem poznanym. Paweł Huelle jednak utrudnia owo poznanie. Dlaczego? Odpowiedz jest prosta, nieskomplikowana, tak jak opowiadania z niniejszego tomiku. To magia przeszłości działa w tych opowiadaniach. A gdzie jest magia - tam nic nie jest pewne. nawet gdy to jest magia przeszłości. A może tym bardziej?

 

"Stół" to tytuł pierwszego opowiadania. Wokół tytułowego stołu dzieje się historia, zadrzają się wypadki, piętrzą się wydarzenia. Jakie to zdarzenia? - historyczne, rzecz jasna, związane z przeszłością, z ludzmi, którzy ten stół zrobili, z ludzmi, którzy przy tym stole siedzą. Stół stoi w gdańskim domu - a więc w miejscu, gdzie przecinają się linie historyczne Polaków, Niemców, Skandynawów. Inaczej mówiąc: stół, gdyby mógł opowiadać, mógłby bajać historie, jakich mało na kartach podręczników.

 

"Przeprowadzka" - to historia znajomości małego chłopca i wiekowej pianistki. Rodzice chłopca szykują się do przeprowadzki, chłopiec nudzi się. Jedna ze scieżek ( to był dość długi spacer) zaprowadziła go do majestatycznie wyglądającego domu. W środku dom sprawia wrażenie muzeum, a jego właścicielką okazuje się być pianistka - doświadczona wiekiem Niemka, pani Hoffman. Pokazuje chłopcu świat muzyki klasycznej - oczywiście niemieckiej. Jest to dla chłopca zupełnie inny świat, jakby wszedł do innej krainy. Tymczasem rodzice zaczynają się o niego niepokoić. Powrót do rzeczywistości będzie trudny, bardzo trudny.

 

"Winniczki, kałuże, deszcz ...", drugie opowiadanie. Bohater, mały chłopiec poznaje świat przyrody, a jednocześnie historię swojego rodzinnego miasta, Gdańska. Tak Paweł Huelle skomponował to opowiadanie. Przewodnikiem chłopca po krainie historii i krainie przyrody jest jego ojciec. Działa tu gra wyobrażeń, skojarzeń, no, powiem głośno - poetyczkości. Świat magii - jednym słowem. Dla chłopca historia i przyroda to jedność. Gdy obaj - nauczyciel i syn - wacają do domu - życie nie jest już takie jednostajne, monotonne.

 

"Wuj Henryk" - tytuowy bohater, wuj Henryk, wuj narratora to zażywny, starszy pan. Narrator, chyba sam Autor?, słyszy w dzieciństwie o wuju mniej lub bardziej prawdopodobne historie. Słyszeć a wiedzieć na pewno - to dwa rózne światy, prawda? Będzie okazja sprawdzić prawdomówność wuja. Oto zabiera młodego człowieka na wycieczkę. Panowie zabłądzili jednak. Wuj to człowiek praktyczny. Ma ze sobą wszystkie niezbędne rzeczy, aby przetrwać w niebezpiecznych warunkach dla zdrowia.Przy pomocy kompasu odszukał drogę, która zawiodła naszych podróżników ku nieznanej wiosce. I tu zaczyna się prawdziwa przygoda z wujem Henrykiem.

 

"Cud" - to opowieść o Dziadku Stanisławie, żołnierzu Armii Krajowej. Zapowiedział wizytę, ma przylecieć samolotem. Samolot ulega awarii. Jest grożba katastrofy. W takich sytuacjach człowiek zaczyna wspominać swoje życie - oczywiście, jezeli czas na to pozwoli ( okrutne to zdanie, ale bardzo prawdziwe). W tym opowiadaniu mamy wspomnienia, prawda - lecz to nie pasażer samolotu przemyśliwa życia, tylko jego rodzina. Kim był, co uczynił dla rodziny i kraju.

 

"Mina" - opowieść o ładnej niegdyś, a teraz chorej psychicznie kobiecie. Narrator, sam Autor ( tak mniemam) odwiedza ją w szpitalu. Z bełgotu, który wydobywa się z ust Miny można wywnioskować, że czeka na mężczynę. Kim jest ów człowiek i jaką rolę spełnił w życiu Miny - tego narrator dowiaduje się tuż pod koniec opowiadania - i jest to bardzo przejmująca historia. Nie zdradzę - tu, w tej opowieści pointa się kryje. "Mina" jest jednocześnie opowieścią o gaśnącym życiu Miny - o tej granicy, którą każdy człowiek musi przekroczyć. Bardzo ciepło i sentymenalnie opowiedziane.

czwartek, 01 marca 2012
"okrutna sprawiedliwość" Francisa Clifforda

Francis Clifford jest już znany czytelnikom mojego bloga. Mam na myśli mini-powieść "Coś do kochania". Romans z wojną w tle.Z tego miejsca jeszcze raz polecam. Tym razem jest to dłuższe opowiadanie pod tytułem "Okrutna sprawiedliwość".

I tu mamy wojnę, wojnę domową w Irlandii z roku 1922. To wtedy powstała IRA, zbrojna orgnizacja walcząca o niepodległość Irlandii. Historia pokazała, że dążenia niepodległościowe to tylko pretekst - zmyślony powód, aby podkładać bomby, strzelać do niewinych ludzi. To oczywisty sofinizm przez działaczy IRA przemawiał. Chęć dominowania za wszelką cenę. Nie będę tu rozwijać tematu historycznego - jeśli chcecie tu zajrzyjcie: tutaj

Tak Bogiem a prawdą bezpośrednio z tekstu nie wynika ta prawda, że opowieść Francisa toczy się w czasie wojny domowej w Irlandii. Trzeba się wczytać w niuanse, poznać subtelności tekstu, aby dojrzeć czas i miejsce akcji. Bo cóż mamy w "Okrutnej sprawiedowości" ? Wycinek wojny - wojny w mieście - w założeniu Autora jest to Dublin - wojny okrutnej, niepotrzebnej, bezlitosnej strzelaniny do ludzi.

Jest ich troje. Liam, Kennnedy i ona - Clodach, bardzo ładna dziewczyna. Ten ostatni fakt nie jest bez znaczenia. Tych troje ludzi to ostatni obrońcy domu w centrum miasta. Dowódcą jest Liam, Kennedy został ranny, Clogath szaleje. Zachowuje się jak mężczyzna: nosi mundur, ma w ręku karabin, jest bardzo zaangazowana w walkę ...

Kobieta a wojna. Kobieta zaangażowana bezpośrednio w działania wojenne. Można zadać sobie pytanie: co ta Clodach robi na ulicach Dublina z karabinem w ręku? Walczy - brzmi odpowiedz. Odpowiedz jest niepełna: nie mogę zdradzić kulminacyjnych punktów opowieści. Mogę jedynie powiedzieć, że Clodach jest główną bohaterką opowieści, a jej towarzysze broni są jakby tłem, tłem niezbędnym - to prawda - ale tylko tłem. Być może to okrutne dla mężczyzn być tłem dla działań kobiety - ale cóż - taka jest opowieść Francisa Clifforda - okrutna, okrutna wobec kobiet. Bo sama czynna obecność kobiety w akcjach wojennych jest okrutna. A może mam coś jeszcze innego na myśli? Nie, nie powiem ...

Powtarzam: Clodath jest bardzo ładną dziewczyną. Nie jest to bez znaczenia dla opowieści. Jednak jest kobietą, pod mundurem ma inną płeć niż jej towarzysze broni ... Czyżbym sugerował romans? Nie, już odpowiadam, mam zupełnie co innego na myśli. I jak zwykle - zmilczę pointę.

"Okrutna sprawiedliwość" to typowe opowiadanie. Początek, rozwinięcie, zakończenie z zaskakującą pointą - to podstawowe cechy takiego opowiadania. Francis Clifford zadbał o wszystkie te trzy elementy w sposób perfekcyjny. Zwłaszcza początek opowiadania jest ujmujący - miałem wrażenie że jestem pośród bohaterów opowiadania, tak jakbym wszedł w ich świat kamerą do nagrywania dvd. Byłem w Dublinie roku 1920 - to chciałem powiedzieć. Rozwinięcie i pointa - o niebo lepsze niż zawiązanie akcji.

Jest jeszcze coś - wartka akcja. I to - przede wszystkim - zadecydowało o tym, że polecam "Okrutną sprawiedliwość" Francisa Clifforda.

poniedziałek, 27 lutego 2012
14:57, czytacz1967
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 lutego 2012
"Pociągi pod specjalnym nadzorem" Bohumila Hrabala

"Pociągi pod specjalnym nadzorem" Bohumila Hrabala mają charakter autobiograficzny, jak większość jego utworów.

Głównym bohaterem, Miłosz Pipka jest alter-ego samego Hrabala. Hrabala, niedoszłego samobójcę, który w 1945 rozpoczyna pracę na małej stacji kolejowej w Kostomłotach, by po pewnym czasie jako czeski służbista zostać zakładnikiem wycofującego się z frontu niemieckiego pociągu. Ale od początku ...
Życie na tej stacyjce płynie bardzo leniwie i sennie. Słychać o zbliżającym się froncie, jednak jedynie przejeżdżające pociągi z rannymi czy z amunicją zdają się ten fakt potwierdzać. Dlatego pracownicy drzemią, zawiadowca zajmuje się swoimi gołębiami. Dopiero gdy dyżurny ruchu, Całusek, proponuje Pipce czynny udział w akcji sabotażowej, polegającej na podłożeniu ładunków wybuchowych w transporcie amunicji dla armii niemieckiej, akcja opowieści przybiera na sile.
Miłosz Pipka jest wrazlliwym młodym człowiekiem, wojna jest dla niego wielkim przeżyciem - w czasie czytania "Pociągów .." zastanawiałem nad jego losem wiele razy: w szczególności utkwił mi w pamięci fragment, kiedy ranny Miłosz mówi do zabitego Niemca: " (...) postrzeliliśmy jeden drugiego, jeden drugiego doprowadziliśmy do śmierci, chociaż z pewnością, gdybyśmy się spotkali gdzieś kiedyś w cywilu, być może polubilibyśmy się, porozmawiali". Może tu widać wspomnianą już naiwność, może swoisty altruizm - tego nie rostrzygnę - za dużo bym powiedział.
"Pociągi pod specjalnym nadzorem" nie są typową powieścią. To bardziej forma szkicu, mamy tylko szczątkowe informacje, akcja dzieje się w ciągu jednego dnia (chociaż jest wiele retrospekcji). Mimo dzielenia się doświadczeniami wojennymi, nie brak tu jego poczucia humoru (np. odciśnięcie wszystkich pieczątek na "dupci" Zdenki Świętej przez Całuska), wątków lirycznych
- Miłosz ma dziewczynę, Maszę. Masza jest uroczą osobą, która wprowadza w świat Miłosza ciepło i opiekuńczość. Zupełnie inaczej niż wojna i Całusek ....

 "Pociągi po specjalnym nadzorem" czyta się szybko, sprawnie. I jest to lektura niezapomniana.

 

wtorek, 21 lutego 2012
"Opowieści fantastyczne" Wellsa. tom drugi

Drugi tom "Opowieści fanastycznych" Wellsa  otwiera opowiadanie "Prawda o Pyercafcie".  Tytułowy bohater chce się odchudzić. Kupił "cudowne" pigułki. Rzeczywiście stracił na wadze, jednak koszt był o wiele większy niż zapłata w okienku aptecznym. Pyercaft po prostu stał się nadmuchaną bańką mydlaną.  Pyercarft od momentu zażycia pigułek zawisł u sufitu. Opowiadanie z pewnością było napisane pod wpływem doświadczeń naukowych, przepraszam - paranaukowych dociekań. No, cóż - jak już mówiłem - ludzie z 19. wieku chcieli wierzyć w magię nauki.
"Magiczny sklep" to drugie opowiadanie omawianego tomu Wellsa. Jest to zdecydowanie baśń, bajka. Oto ojciec i syn stoj przed witryną sklepową. Syn chce wejść do srodka, ojciec ma jakieś obawy -  w końcu jednak przełamuje się. Właścicielem sklepu okazuje się prawdziwy magik, który czaruje zabawki i ... klientów. Ojciec kupuje kilka zabawek synowi. W domu  bawią się - rownież w przenośni. Nie ma w tym opowiadaniu żadnej nauki, nawet tej z przedrostkiem -para, to opowieść poetycka wzięta prosto z pokoju dziecinnego. Bardzo łatwo się czyta, na moment można zapomnieć o dwudziestym pierwszym wieku.Istnieje film w Polskiej Kinematografii, film powstały na podstawie tego opowiadania: Jan Mchulski zagrał ojca.
Trzy kolejne opowiadania mają wspólny mianownik. Jest nim potrzeba wynalazków.  "Zdobywcy przestworzy" , "Filmer" i "W głębinie" to wizje ludzi, którzy chcą zdobyć niedostępne, w dwóch pierwszych  chcą się wzbić w górę, w trzecim sięgnąc dna oceanu. Maszynę latającą Monsona z pierwszej opowieści dosięgają kłopoty, sam konstruktor nie potrafi dać rady z odbudową niby-samolotu. W "Filmerze" mamy do czynienia również z awarią maszyny latającej, jednak tutaj dał Wells inną pointę jak w poprzednim opowiadaniu. "W głębinie" dość rózni się od poprzednich opowiadaniach - mamy tutaj poetycką wizją głębin oceanów. Jest to zrozumiałe: Wells i jego współczesni mogli tylko wyobrażać sobie jak wygląda dno oceanu. Łatwiej przecież spojrzeć w niebo przez oko lunety Kapllera niż poprzez ciemne otchłanie wody, prawda?
"Wyspa  Aepyornisa", kolejne opowiadanie Wellsa. Człowiek ze szramą opowiada swoj przygodę z niezbadanym gatunkiem ptaka. Gatunkiem o nazwie Aepyyornis. Człowiek ze szramą odbył daleką podróż, aby przekonać się na własne oczy, że ten ptak istnieje. Były co prawda hipotezy o jego istnieniu, lecz nauka nie potwierdziła tego z całą mocą. Na nieznanym atolu znalazł jajko, jajko Aepyornisa. Mówiąc inaczej: człowiek z blizną wychodował, wychował ( jak kto woli) nowy gatunek ptaka. A co na ptak? Tu zamilczę - pointa się zbliża.
 Siódme opowiadanie, "Wytwórca diamentów". Widzę tu  romantycznego sprzedawcę, który stara się zostać naukowcem. A może na odwrót - naukowiec, tytułowy wytwórca diamientów, chce zostać sprzedawcą? Z pewnością nie jest to tuzinkowy człowek - mowię to z perspektywy dwudziestego pierwszego wieku. Jemu współcześni mają zupełnie inny pogląd na te sprawy. Prawdopodobnie ludzie dziewiętnastego wieku mieli dosyć "naukowych rewelacji". Cóż tam - człowiek wtworzył diamenty, spójrzcie ludzie - parowóż, automobil, latajacą maszyna ... Phi, diament? Coż to diament jest? Bohater Wellsa jest poza nawiasem nauki, na własną prośbę w dodatku. Ale może ... warto go poznać?
 Oto Pewien Człowiek odkrył Krainę Ślepców, ludzi, którzy nie znają uczucia zwroku, uczucia patrzenia. Ślepcy utworzyli swój, osobny świat, ze swoimi prawami, ze swoimi plenipotencjami, postanowieniami. Czy obcy człowiek, w dodatku obdarzony dobrym zwrokiem ma szansę przystąpić do klanu ślepców? To treść kolejnego opowiadania, "Kraina Ślepców". Jest to - tak mi się wydaje - próba opisania społeczeństwa utopijnego. A może aluzja do ówczesnego rządu Anglii?
"Królestwo mrówek" to opowieść o zdobywaniu terenu poprzez agresję. Agresorami są mrówki. Zaatokowały ludzi. Z jakiego powodu? Czy jest jakakolwiek broń na mrówki - agresorki? Czy to wojna totalna? Jak obronić się przed taką wojną. Ja jescze jedno zadam pytanie: co Wells chciał przekażać Czytelnikom? Ja mam tylko jedno skojarzenie: wojny Europy z Turcją, być może dla Anglika patrzącego z innej perspektywy nie będzie to takie oczywiście: Anglia miała zupełnie innych wrogów niż Jan III Sobieski. i Wiedeń.
"Krystałowe jajko", dziesiąte opowiadanie, to poetycka wizja świata. Oto pan Cave, właściciel sklepu, posiada cudowne jajko. Cudowność jajka polega na tym, że potrafi ono wygenerować rzeczywistość, jaką tylko się zapragnie. W pierwszym momencie może się to wydawać poetyckim zajęciem, potrzebnym do kontemplacji, odpoczynkiem po dugim, wyczerpującym dniu. Ale tak właściwie - po co komu, w dobie parowozu i pób z maszyną do latania, poezja?
"Człowiek, który odkrył cuda" jest przesłaniem do ludzkości. Nie boję się tych wielkich słów, proszę posłuchać: Fotheringay, czowiek jak każdy, odkrywa w sobie umiejętność stwarzania cudów. Potrafi przesunąć lampę, wyzarować płonącą zapałkę, rozbiera się bez użycia rąk ... I tu nasuwa się pytanie: gdzie jest granica możliwości pana Fotheringaya. A on jest coraz śmielszy w swych poczynaniach, coraz bardziej brawurowo poczyna sobie z ludzmi, ze światem ...
"Nowy akcelerator" to opowiadanie, które z pewnością przeszło do historii science fiction. Przedstawia ono badania nad ciaem ludzkm. Akcererator suży do niszczenie zbędnych komórek, na przykład rakowych.Oczywiście mozna również zabijać zdrowe komórki. Tak czyni Gibberrnart - salony wynalazca. Tylko po co mu taka działalność. Tego nie dowiemy się nigdy, nawet po przeczytaniu niniejszego opowiadania. Wiem, to przewrotna odpowiedz - ale kolejny raz mówię - nie zdradzam point. A czego się dowiemy - przede wszystkim o człowieku? Może to, że jest tylko czowiekiem? Ale to i tak dużo, prawda?
"W czwartym wiemiarze" to historia Gotfryda Plattnera, który dzięki nauce - tak, tak, nie pomyliłem się: w literturze wszystko jest możliwe - dzięki nauce odnalazł świat czwartego wymiaru. Chodzi oczywiście o czas. Jest to świat dziwnych stworzeń, niebanalnych krajobrazów, zjawisk, których trudno znależć w trzywiarowym świecie człowieka. I znowu pytanie - co daje taka znajomość rzeczy?
"Gwiazda", czternaste opowiadanie. Na ziemskim niebie, jeśli można tak powiedzieć, pojwia się gwiazda. Słońce, dotychcasowe zródło energii, nie znika, lecz blednie pod wpływem nowej gwiazdy. Stwarza to szereg nowych sytacji, nowych przemyśleń. Jak zadziała nowa gwiazda wobec Ziemi, wobec ludzi? Przy czytaniu pomyślałem, że jest to wizja końca świata. Czy miałem rację - nie powiem, zdradziłbym pointę. Wells miał wyobrażnię - tylko tyle powiem ...
"Cudowny zwrok pana Davidsona", już ostatnie opowiadanie w niniejszym zbiorze. Co się dzieje ze zwrokiem pana Davidsona? Powiem tak: pan Davidson ma wizje poetyckie. O co chodzi - nie zdradzę - nie chcę psuć radości czytania. Jest taka piosenka Krystyny Jandy, cytuję z pamięci: "Pan widzi krzesło, ja rozdarte drzewo". Mniej więcej tak było ze zwrokiem pana Davidsona: tu proza życia, a on ma  w oczach "nastrój liryczny". Do czego może doprowadzić takie życie? CZy jest na takie stany jakaś rada? Tu zbliża się pointa wielkimi krokami.

wtorek, 14 lutego 2012
"Opowieści fantastyczne" Wellsa

Oto "Opowieści fantastyczne" Herberta Georga Wellsa, tom pierwszy. Wells jest pisarzem nietypowym dla swojej epoki. Podejmował w swoich opowiadaniach zbyt nowatorskie tematy jak na 19. wiek. Mówiąć inaczej był prekursorem rodzaju literackiego, który został nazwany science-fiction. Wiek 19. to wynalazki, wynlazki i jeszcze raz wyobrażnia ludzka. Początki  kolei parowej, telefonu, telegrafu, fabryk, fotografii ... Dużo tego, prawda? Jest z czego wybierać - mówię o materiale  na opowiadania. A Wells miał wyobrażnie, oj miał. Zatem ... Spójrzmy:

Bohater opowiadania "Niewidzialny człowiek"  to pozbawiony uczuć uczony, który widzi w życiu tylko skalę Mendelejewa, próbówki. Nie dba o ludzi, ich poglądy. Ma swoje powody, aby tak się zachowywać. Jest samotny, opuszczony. Przyczyna leży u podstaw działania uczonego: za wszelką cenę chce być sławny.
Pewnego dnia pojawia się  w małym miasteczku jako ... niewidzialny człowiek. Jest to dość nieprzyjemna forma - jeżeli można tak to ując - człowieka. Jest opryskliwy wobec innych, ma dość duże wymagania, nie dbając o życzliwość, dobrą wolę. Robi przy tym jakieś eksperymenty. Jest to człowiek samotny, bez żadnych perspektyw - i naukowwych, i społecznych. Chce za wszelką ceną odzyskać "widzialność" ciała. Robi coraz więcej błędów, tych wobec ludzi.
Bardzo sprawnie napisane, jak prawdziwa sensacja.  Trzyma w napięciu aż do pointy.

"Wehikuł czasu" - Podróznik W Czasie ( tak Go nazwał Wells) zbudował maszynę do przemieszczania się w czasie. W swojej podróży okrywa świat z roku 80.2701, gdy ludzkość chyli się ku upadkowi. Na powierzchni Ziemi została garstka istot, z którymi Podróżnik W Czasie nie może się porozumieć. Nazwie ich Eljolami. Są oni potomkami klas posiadających. Podróznik w Czasie odkryje również "poddziemia" Ziemi - tam żyją Morlokowie. Z nimi Podróznik W Czasie potrafi znależć wspólny język. Są to potomkowie dawnych robotników, zmuszonych do pracy fizycznej pod ziemią, a przy tym nie tracących podstawowych fizycznych umiejętności. Ich ciało stało się podobne do owadów i przyzwyczaiło do warunków podziemnych, dlatego boją się światła. Żywią się mięsem Elojów, na które zapuszczają się pod osłoną nocy, dlatego ci muszą spać razem wewnątrz budynków. Jest to okrutna zalezność między tymi dwoma grupami społecznymi, jedyna, która pozostała.
Podróznik W Czasie zostaje wmieszany w wewnętrzny spór między Eljolami a Morlokami. Po której stronie stanie?

"Historia  pana Elveshama" - bohater tego opowiadania jes poddany eksperymentowi. Pewien starzec obiecał mu wieczną młodość, wieczne zadowolenie. Powiem krótko: chodzi o narkotyki. Okrutnie to brzmi - narkotyki biorą udział w eksperymencie naukowym. Pamiętajmy jednak - Wells pisał owo opowiadanie pod koniec 19. wieku, gdy narkotyki były naprawdę nowością - i gdy nie wiedziano jakie działanie mają tego typu substancje. Bohater ma wizje. Ale czy naprawdę staje się młodszy i piękniejszy?
Wizja Wellsa - wyobrażenie narkotyczne - przekonuje. Przekonuje poetycznością i  patetycznością. Nigdy nie miałem w ustach żadnego narkotyku, ale bozia dała mi wyobraznię - i mogę wczuć się w opisy z niniejszego opowiadania. Może są zbyt idealne, zbyt iddylistyczne - ale jak już powiedziałem: poetycki to obraz, a to zawsze mnie przekona. Oczywiście nie do narkotyków; mówię o opisie, obrazie.

"Kuszenie Harringaya" - Harringay jest malarzem -artystą. Właśnie namalował kolejny obraz. Obraz ten ma szczególne właściwości: zachowuje się jak człowiek: rozmawia ze swoim pomysłodawcą. Jest zawiedzony pędzlem Harringaya. No, można tak powiedzieć - Harringay jest pomysłodawcą obrazu, on sam staje się poprawiaczem swojego własnego wyglądu. Harringay jest na początku tej swoistej znajomości zdezorientowany, potem zdegustowany, a pod koniec wściekły ponad siły. Obraz wręcz przeciwnie - coraz śmielej sobie poczyna.

Gdzieś przeczytałem, że ludzie wieku 19. uwierzyli w istnienie wehikułu czasu, tyle było tych wynalazków. No, może to jest anegdota? Tak czy siak wyobrażnia Welsa naprawdę przeszła oczekiwania Jego współczesnych, a i dzisiaj może doprowadzić do dreszczyku emocji ...

wtorek, 07 lutego 2012
"Opowiadania blużniercze" Jana Winczakiewicza

Oto zbiór opowiadań Jana Winczakiewicza " Przypowieści blużniercze". Tematy są zaczerpmięte z Biblii. W pierwszym momencie mogą się wydawać apokryfami, ale to tylko złudzenie. Jak można nazwać zatem te opowiadania> Przyjrzyjmy się im najpierw.

"Wygnanie" -Adam i Ewa zostali wygnani z Raju. Powód jest opisany w księdze Genizis. Owoce z drzewa poznania złego i dobrego.  Jan Winczewski sugeruje że to była jabłoń. I snuje opowieść dalej -po opuszczeniu Edenu Adam i Ewa założyli gospodarstwo. Wiodło im się nienajgorzej. Ale "syndrom jabłek" ( tak to określmy) działał dalej, zostało nim obarczone drugie pokolenie Praojców. W jaki sposób - to pointa opowiadania.

"Kain i Abel" -Kain zabil Abla. To pierwsze zabójstwo ludzkości. Zabójstwo z zazdrości o ofiarę Bogu. Jan Winczekiewicz inacej to widzi. W opowiadaniu jest wszystko wyjaśnione. Kain klęcząc przed Panem - spowiada się. Tak to chyba można nazwać: spowiada się. Nie chcę przeszkadzać w czytaniu opowiadania i nie podam pointy - jest bowiem w tym opowiadaniu pewien "figiel", kruczek nieomalże prawny. Właśnie - z jakiego powodu ludzie mordują ludzi? Jeszcze jedno: ciekawe jak myślicie: czy Kain w swej spowiedzi daje przyzwolenie do dalszych zbrodni?

"Noe" - Jan Winczekiewicz opowiada dzieje rodu Noego, człowieka, którego Pan uratował przed potopem. Oczywiscie na swój, "blużnierczy" sposób. Noe wraca do domu. Okazuje się że to nie koniec ofiar potopu. Chodzi o syna Noego, sześcioletniego Assana. Czy tylko?  Jes to kolejny obraz zmordowanej ludzkości. Tutaj, w tym opowiadaniu obowiązuje "syndrom" wody, wielkiego zalewu. I takie pytanie nasuwa się - czy ludzie nauczyli się czegokolwiek od czasów Noego?

"Abraham i Izaak" - dlaczego Abraham chciał zabić Izaaka, ukochanego syna? Odpowiedz nie jest prosta - jak młodemu, niedoświadczonemu człowiekowi opowiedzieć o bezwględności Pana? Nie było w czasach Abrahama podręczników wychowania; co prawda był król Salomon, lecz czy Abraham jest godny władcy Izraela? No tak jak wytłumaczyć?

Na gruzach Sodomy i Gomory spotyka sę trzech przyjaciół.Są to pasterze. Prości ludzie.Omawiają grzech seksu. Wsród gruzów spotykają kamienny posąg kobiety. Jakby tu powiedzieć - zbyt przypominający żywego człowieka ...  Przypominam - są to opowieści blużniercze - a zatem trzeba się tu spodziewać nagłej, a może nawet niepokojącej(?) pointy.

"Miska soczewicy" - Jakub kupił do Ezewa miskę soszewicy. Ma to być symbol pierworódzwa, pierszweństwa. W plemiennych rodach było to bardzo ważne:  kto ma pierworództwo, ten obejmie sukcesje po Ojcu. Jakub nie potraktował tego serio, to był dla niego występek, żart. Do akcji wkracza matka Jakuba i Ezawa - Rebeka.

"Ucieczka z Egiptu" - Ucieczka żydów z Egiptu nie była widowiskowa. Ale za to zdenerwowała faraona. Gotowi  jeszcze spuścić jeszcze jedną plagę! Faraon wymyślił  "karę" dla tych nikczemników! Jest to dość zaskakująca kara, jakby tu powiedzieć - może przemienić się w nagrodę.

"Mojżesz" - Najwyższy kapłan obmyśla o najwaniejszym przykazaniu. Miłuj bliżniego swego - to dobry początek, jaka będzie pointa? Inaczej: to dobrze, że człowiek kocha bliżniego swego, ale trzeba zadać pytanie: jak ma kochać. To zasadnicze pytanie dla życia Izraelitów. Ktoś proponuje referendum, mówiąc dzisiejszym językiem. Trzeba się zapytać - kogo najbardziej ludzie kochają. Mojżesz nie jest zadowolony z tego rozwiązania. Zrozumiał, że nie ma w tym przykazniu pierwiastka boskiego. Dokładniej? Nie mogę powiedzieć: zdradziłbym pointę.

"Dawid" - Król Dawid został pokonany przez filistynów. Został upokorzony, dokładnie mówiąc. On, wielki wódz i mędrzec - został obalony jednym paluszkiem. Co się stało, dlaczego tak się stało. Czasami jesteśmy panami świata, czasami jego cieniem. Pamiętajmy - to są opowieści blużniercze, rozwiązanie zagadki jest dość pokrętne, niestabilne.

"Samson i Dailla" - siła Samsona tkwiła we włosach, gdy je obciąc - siłacz traci moc. Tak jest w Biblii; Jan Winczarkiewicz opowiada tą historię zupełnię inaczej. Jak?  Trzeba przeczytać. Mogę jedynie powiedzieć, że Samson jest przedstawiony w tym opowiadaniu jak mały chłopiec, ktry czuje siłę kobiety. Jest to związane z seksem i lubieżnimi zabawami. Podane w delikatny sposób, bez zbędnych słów.

"Łazarz" - Na wieść o cudownym wskrzeszaniu Łazarza zbiegli się ludzie z całej wsi. Był wsród nich i stary Eliasz, miejscowy filozof. Zaczął zadawać "trudne" pytanie.  Jak tam jest, "na tamtym świecie"  Łazarz nie odpowiada. Dlaczego? Czy jest konormistą i uległ wpływom zaświatów? A może jest w szoku po zapoznaniu się ze śmiercią i Bogiem? Pytania zagęszczają się, stają się taką "zupą w zupie". Łazasz  milczy ...

" Golgota"-Dlaczego stojąca po Krzyżem na Golgocie kobieta płacze? Gdybym odpowiedział - zdradziłbym pointę. Chyba po raz pierwszy raz zdarza się tak sytucja. Być może opowiadanie jest zbyt krótkie, dosłowne. Przypomina mi się w tej chwili taka przypowieść -" W kościele, w czasie mszy, pewna kobieta płacze. Ktoś się pyta: dlaczego tak pani szlocha, czy kazanie jest aż tak wzruszające? Nie, odpowiada kobieta, tylko ksiądz robi taki dzubek z ust, jak mój mąż nieboszczyk". Co ma wspólnego przypowieść wyżej zacytowana z opowiadaniem Jana Winczakiewicza? Dużo, bardzo dużo. Podpowiem: oprócz tego Krzyża, na którym wisi Jezus, Golgota wspomina dwa inne krzyże, być może pisane przez małe "k", ale ...

"Święty Graal" - Rycerze poszukują świętego Graala, naczynia z którego pił Jezus podcasz Ostatniej Wieczerzy. Na wskazanym miejscu - owszem "coś się dzieje" to miejsce jest zagospodarowane, jeżeli można tak powiedzieć, ale zupełnie inaczej niż rycerze się tego spodziewali. Dzrwi otworzył pustelnik. Skąd się wziął? Co to ma znaczyć?
Winczakiewicz próbuje uzmtsłowić czytelnikom pewną prawdę: człowiek potrzebuje świętości, takich miejsc jak pustelnia.

Zatem co to jest? jeżeli to nie zbiór apokryfów? Tytuł sugeruje. Czyżby nie anioł dyktował słowa tych opowiadań. No, chyba bym zblużnił, gdybym tak sugerował czytelnikom. Powiem tak: jest to "ludzkie" spojrzenie na rzeczy Biblii. Może zbyt ludzkie, zbyt grzeszne, ale zawsze nie pozbawione ciekawej refleksji.
Jednak polecam!

wtorek, 24 stycznia 2012
"Los człowieka" Michaila Szołochowa

Człowiek niezłomny i Rosjanin to synonimy. Taki wniosek można wysnuć po przeczytaniu opowiadania Michała Sołochowa. Jest to człowiek z ludu - kierowca, członek partii robotniczej, mąż i ojciec. Nazywa się Sokołow. Być może jego niezłomność nigdy by nie została odkryta, gdyby nie druga wojna światowa.Na czym polegała niezłomność? Stracił żonę, syna, sam  "poszedł w niewolę". Nie stracił jednak poczucia człowieczeństwa, poczucia wolności. Oczywiście Sokołow chce się czuć wolny także ciałem, jeżeli można tak to określić. Ucieka więc z niewoli.  Ale to nie wszystko - człowiek niezłomny potrafi wzbić się ponad wszystko, zostawiając  przeszłość historykom - jednocześnie szukając nowych rozwiązań dla życia. Sokołow jest sponiewierany przez wojnę, ale nie poddaje się - taki jest jego los, los  radzieckiego człowieka. Co może zaoferować mu ziemia radziecka? On dla niej wszystko, a ona? Być może jest to naiwne myślenie, ale to jest "radziecki człowiek żyjący  w kulcie Partii Robotniczej, w kulcie "ziemi-rodziecielki". Tak go ukształtowano, tak go wychowano.
 Trzeba tu przypomnieć "Opowieść prawdziwego człowieka" Siergieja Polewoja. Treścią książki są losy młodego lotnika radzieckiego, który, zestrzelony, utracił obie nogi. Dzięki woli i hartowi ducha odnosi zwycięstwo nad własnym kalectwem. Książka tchnie wiarą w możliwości człowieka, ukazuje jego życie w heroicznym wymiarze. Czy Sokołow i lotnik z opowieści Polewoja to literaccy bracia mleczni? Rzeczywiście jest trochę podobieństw. Nieugiętosć, brawura i komunistyczne ideały - to przede wszystkim. Można tu dodać jeszcze przemianę obu bohaterów - co się stanie z lotnikiem: trzeba zajrzeć do powieści Polewoja. Sokołow? No, cóż - stanie się nieuięty, mocny jak ta ziemia-rodzicielka. Być może jest to jedyna korzyść dla naszego bohatra, kto wie?
Podobno ma wzruszać opowieść Szołochowa. Taki był zamiar Autora. Ale czy naprawdę wzrusza? Nie, a przyczyna jest prosta: opowiadanie zle jest napisane - zbyt rzadko, bez szczegółów, bez  dramaturgii - jak choćby  "Cichy Don", najbardziej znane dzieło Szołochowa. Podobno "Cichy Don" jest plagiatem. Może tu tkwi nieporadność "Losu człowieka"? A może Szołochow wypalił się przy pisaniu "Cichego ..." - a pogłoski o plagiacie to bajki? To już tajemnica. Szołochowa i literatury.

17:03, czytacz1967
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 stycznia 2012
Marek Hłasko "Pierwszy krok w chmurach"

Mam przed sobą Marka Hłasko "Pierwszy krok w chmurach" - tomik opowiadań. A właściwie dwa opowiadania ułożone w książkę. Tytuł całości to zarazem tytuł pierwszego opowiadania. Drugie nosi tytuł "Baza Sokołowska" - oba są znane. "Baza" jest debiutem Hłasko, a "Pierwszy krok w chmurach" - pierwszym dojrzałym opowiadaniem.

Jest w Warszawie ulica Sokołowska. Dzielnica Wola. To tu Marek Hłasko umieścił bazę samochodową, miejsce pracy bohaterów opowiadania. Jednym z nich jest Michał Kosecki, student, rozpoczynający praktyki zawodowe. Nie będzie Michał dobrze wspominać tego okresu w swiom życiu. Starsi koledzy robią mu psikusy, majster - kto teraz używa słowa "majster"? - stoi jakby z boku tych wydarzeń, czasami tylko włączając się w "naukę" Koseckiego. Bardzo ostro i zdecydowanie. Michał nie wie co robić - poddać się  czy walczyć. Ale jak walczyć? ... Oto kanwa utworu.
Amerykanie mają takie powiedzenie: "Od pucybuta do prezydenta". Pomyślałem o tej sentencji czytając "Bazę Sokołowską". Ale tylko na pozór Michał jest tym pucybutem. Marek Hłasko - trzeba to przypomnieć - pisał opowuiadanie w realiach socjalizmu; socjalizm tępił wszystko co "amerykanske". Nie, Michał nie jest pucybutem. NIgdy nie miał ambicji zostania prezydentem. On stara się dorównać, tylko dorównać starszym kolegom. Takie są realia lat 50. w Polsce.
Utworu z "młodzieńczej półki" Marka Hłaski. Widać braki warsztatu pisarskiego, znać burzę mózgu Autora - nic dziwnego, Marek Hłasko w chwili pisania "Bazy" miał dwadzieścia lat! Nic dziwnego, że "szalał" na papierze, używał życia - nic to, nic - można przecież potraktować opowiadanie jako świadectwo dojrzewania; po coż literaturoznawcy utworzyli pojęcie "juwenilia"? Aby przyjrzeć się drodze literackiej Autora.
Cóż - początek pisarstwa Marka Hłasko był dość przeciętny. "Baza Sokołowska" aż iskrzy od słów, wyrażeń użuwanych powszechnie na podwórkach warszawskich. W literaturze to grzech, niedowrtościowanie. Oczywiście - tych słów, wyrażeń nie może zabraknąć, lecz ich przesyt też jest nie dobry.

"Pierwszy krok w chmurach" jest opowieścią  o nudzie. Czym mogą się zajmować dorośli mężczyzni w sobotnie popołudnie? Pan Geniek - malarz pokojowy z zawodu -  lubi patrzeć na życie. Innymi słowy: podglądać miłość. Pan Maliszewski - sąsiad pana Genia - ułatwia sytację. Właśnie na działkach, wi pan, panie Geniu jest draka. Chłopak i dziewczyna. Pan Geniek i pan Maliszewski bez żadnego skrępowania, bez żadnej żenady idą "obejrzeć" drakę. Po drodze spotykają  Henia, szwagra pana Maliszewskiego.
Napiszałem, że jest to opowiadanie o nudzie. Owszem, o nudzie także; przede wszystkim jednak widać tu chamstwo, prymityzm zachowań. Ci trzej panowie, którzy lubią patrzeć na życie - nie czują się w żaden sposób zakłopatani, gdy widzą gołe uda ładnej dziewczyny. Są bezczelni, mówiąc krótko. Niewychowani.
"Pierwszy krok w chmurach" można nazwać obrazkiem, wizją  miasta. Smutną, acz prawdziwą wizją. Hłasko fenomenalnie przygląda się otaczającemu światu, nadając odpowiedni koloryt opowiadaniu.
To już dojrzała literatura, bez grzechów poprzedniego opowiadania. Zwracają uwagę krótkie zdania sugerujące Hemingwaya ( !)  w warstwie opisowej i dokładność językowa w warstwie dialogu. To przecież trzystronicowa rzecz, lecz zapadająca w pamięć.

piątek, 13 stycznia 2012
"Dziewczyna z marzeń " Stanisława Stanucha

Świat Stanisława Stanucha to małe miasteczka lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku - aż słychać stuk kopyt koni o bruk, czuć zapach oranżady w proszku, zapach wąskich uliczek. Na rynek wjeżdza autobus PKS-u, wysiadają ludzie, być może niedaleko jest pan z watą cukrową... Z dachu patrzą na świat kominiarze, a dachy połyskują ognikami słońca. Taki jest "ogólny" klimat opowiadań Stanucha - gdzieś w Polsce, w zapomnianej przez Boga (i trochę przez ludzi) krainie zwykłych trosk i niezwykłych marzeń...

 Paweł wychodzi z więzienia i chce naprawić wyrządzone zło. Oto mamy pierwsze opowiadanie - "Z boku na bok". Niewiele dzieje się w tym opowiadaniu - zgodnie z tytułem. Akcję tego opowiadania bardziej "czuje się". Dopiero pod koniec bohater zrywa się ( dosłownie i przenośni) do działania. Ciekawa kompozycja. Jakby z Dostojewskiego.
  Na delegacji jest nudno, pusto i nieswojo. Trzeba czymś zapełnić czas wolny. Może miłostkami? I rzeczywiście bohater opowiadania, Stanisław  poznaje dziewczynę. "Dziewczynę z marzeń", tak sugeruje tytuł. Stanisław być może zapomniałby o tym jednodniowym romansie, gdyby nie pewien fakt. Stanowi on zarazem pointę. Dobrze napisane; zwraca uwagę przede wszystkim pierwsza część opowiadania, wynurzenia na temat życia na delegacji. I pointa również zwraca uwagę. Jest nagła, zdecydowana.
" Król gór"  jest próbą opowiedzienia historii chłopa małorolnego, Walka,  "za Niemca". Jak przeżyć wojnę? Być może Walek nie zna poezji Adama Mickiewicza, nie podjąłby się obrony Sokratesa i nie wie że Ziemia ma dwa bieguna - lecz przede wszystkim jest cwany, kuty na cztery nogi. Umie się ułożyć z "Niemcem". Czy jest korabolantem - niech sam Czytelnik wystawi odpowiednią ocenę. Przychodzi jednak kres tego układania. Dlaczego? Nie zdradzę pointy ... Pisane językiem Walka czym Autor zbliża bohatera do Czytelnika. Mówiąc inaczej: Walek jest nam przez to bliższy, bardziej swojski.
 Bohater kolejnego opowiadania, "Kto jest przeciw", staje przed życiowym dylematem: co wybrać - milość do dziewczyny czy karierę polityczną? Dziewczyna "zdradziła" partię (  w domyśle PZPR), chłopak musi zdcydować - jeśli ujmie się za dziewczyną - sam również będzie miał kłopoty ...  Próba rozliczeń z "minioną epoką". Czy udana? Raczej nie ... Moim zdaniem jest to najsłabsze opowiadanie w tym zbiorku - koniec jest przewidywalny, bez żadnych fajerwerków.

Kominiarze zeszli z dachu, autobus PKS-u odjechał z nowymi pasażerami, na wąskich uliczkach bawią się dzieci "w gumę". Nic nowego pod słońcem.
 A może jednak coś się narodziło? Coś nieuchwytnego? Niezbadanego? Niezdefiniowanego?  Coś ukrytego między kartkami książki? Nawet, gdy nie pododoba się to i owo - to przecież to coś porusza, zastanawia, fascynuje. Słowo ...

niedziela, 08 stycznia 2012
"Coś do kochania" Francisa Clifforda


 
"Bóg daje nam miłość:
coś do kochania wypożycza nam..."
(A. Tennyson)

To jest motto powieści. Człowiek jest tylko przechodniem życia, można powtórzyć za Biblią, i dlatego Bóg wypożycza ludziom miłość.

Robert Wyman, lekarz, jest zmuszony zejść ze statku na ląd - statek, na którym służy, uległ awarii. Statek przycumował w porcie Neapolu. Jest to dla lekarza okazja do wspomnień. Otóż Robert stacjonował w czasie II wojny światowej w małej wiosce, Stravino, niedaleko Neapalu. Zostawił wtedy kochankę, a niedługo po jego wyjeździe urodziło się dziecko, śliczna Rosina. Kochanka umarła przy porodzie.  Robert Wyman postanawia odwiedzić wioskę Stravino ...
Tymczasem w Stravino dzieją się dziwne, a wręcz cudowne rzeczy. Na posadce kościoła pojawiły się krople krwi. Tuż pod krucyfiksem. Tak jakby to sama figura Chrystusa krwawiła.
Robert Wyman dojezdza do wioski z pytaniami - co zastanie? Jak go przyjmą?

Trzymając po raz pierwszy powieść Clifforda w ręce pomyślałem - oto fajna książka do poduszki: 183 stron, dośc duża czcionka - połknę ją w jeden wieczór. Oczywiście mówię ( piszę) to z przymrużeniem oka: nigdy tak naprawdę w ten sposób nie oceniam książki - najpierw trzeba ją przeczytać. Okładka, sposób promowania - nie, to nie są atuty według których oceniam lekturę.
Można oczywiście przeczytać daną pozycję w jedną noc - temu nie zaprzeczam: wiele jest na to "dowodów" na mym blogu. Nie o to jednak idzie - książkę nie tylko się czyta, ją się także przeżywa. "Love Story" jest dobrym na to przykładem. Kto po odłożeniu powieści Segala spoglądał na świat tymi samymi oczyma co przed jej przeczytaniem?
Powieść Clofforda również zapada głęboko w pamięć. Nie jest to typowa love story czyli kolejny mutant sławnej "matki-powieści": trzeba tu podkreślić znaczenie  drugiego wątku, wątku "kropli krwi na kościelnej podłodze". Bez tego wątku rzeczywiście "Coś do kochania" byłoby powieścią o miłości. Wątek "kropli krwi" daje inny wymiar powieści. Wymiar duchowy, nieomalże mistyczny. Zastanawiamy się  dlaczego Autor dodał ten wątek i jak połączy ten wątek z wątkiem "obyczajowym". Odpowiedz na to zagadnienie jest w poincie.
Bardzo polecam - noc będzie zarwana, ale za to jakie przemyślenia na temat życia!

poniedziałek, 02 stycznia 2012
"Opowiadania wybrane" Stanisława Lema

Na  Nowy Rok- zbiór opowiadań Stanisława Lema  "Niezwyciężony".

"Przyjaciel" - Do drzwi Klubu Krótkofalowców puka pan Harden. Jest to człowiek o pospolitym wyglądzie, cichym głosie, o dość nietypowych ruchach tłowiem. Jednym słowem: pan Harden jest zakompleksiony. Przychodzi do Klubu w dość nietypowej sprawie. Czy Klub mógłby pożyczyć kilkunastu metrów drutu? Owszem, pada odpowiedz, Klub pożyczy. Dokładniej jeden z członków Klubu, młody, ciekawy życia człowiek.
 Nazajutrz pan Harden przyszedł ponownie - w Klubie dyżurował ten sam człowiek - i poprosił o coś więcej. Specjalnie piszę "o coś więcej" - nie podając szczegółów - nie chciałbym psuć zabawy Czytelnikom, zabawy przy czytaniu.
Pan Harden, tyle mogę powiedzieć, symbolizuje ludzi, którzy pomimo kompleksów chcą w pewien sposób zaistnieć, stać się kimś ważnym, poważanym. No, tak, ale pan Harden nie działa sam ... Ha, koniec, nie powiem więcej.

"Terminus" - W mitologii rzymskiej Terminus to bóg granic państwowych i granic między prywatnymi posiadłościami. Może ta informacja przyda się Czytelnikom? Mam taką zasadę: gdy spotykam obcobrzmiący wyraz - sięgam do słownika ... Najczęściej do Vikipedii.
Wracajmy do opowiadania. Pilot Pirx odkrywa na pokładzie swego statku robota. Przechowuje on dane dotyczące katastrofy, która zdarzyła się 19. lat temu. Pilot Pirx nie potrafi się jednak z robotem porozumieć. Dlaczego? Czyżby istniała granica, granica, o której mówi starożytny mit?  "Nie wiem, nie znam się, nie orientuję się, zarobiony jestem" - jak mówi jeden z ulubionych mych cytatów - a tak już serio: zdradziłbym pointę.Trzeba jednak pamiętać, że bogowie są zazdrośni o swe dzieło. Być może robot Tetminus poczuł się takim bogiem ...

"Ze wspomnień Iljona Tichego" - Zadam pytanie: czy człowiek, istota śmiertelna, może obwłować się bogiem? Lem w tym opowiadaniu mówi: tak, może. Tylko jest jedno małe "ale": człowiek pozostaje człowiekiem. A człowiek jest istotą omylną, śmiertelną. Nie zastąpi boga. Tylko dlaczego chce go zastąpić pomimo wszystko?
Lem próbuje na to pytanie odpowiedzieć. Oto uczony skonstruował człowieka. Dokładniej jego świadomość. Uczony zaś jest czymś ( kimś) w rodzaju Wielkiego Brata, albo - jak kto woli - duchowego przywódcy. "Ludzie" uczonego potrafią kochać, nienawidzić, czują zapach kwiatów, wzdychają do błękitu nieba. Uczony jest jednak niepochamowany w swoich wyczynach, jest ekscetrykiem. Jak ekscentryk może być bogiem? Bardzo ciekawa teoria, nieprawdaż? Znacie boga-ekscetryka?

"Ratujmy kosmos" - To bardziej  esej niż opowiadanie. Stanisław Lem przedstawia w nim swoją wizję kosmosu. Jaki on jest? Bardzo podobny do świata ziemskiego.  Inaczej mówiąc: człowiek łatwo, zbyt łatwo przenosi przyzwyczajenia, sposób bycia wszędzie tam, gdzie ma zamiar zbudować dom. Bałagan, śmieci, brak jednolitości - oto czym charakteryzuje się kosmos według Stanisława Lema. Czy jest na to rada? I drugie pytanie, które nasuwa się: dlaczego Lem pisze o kosmosie? Czy ziemia nie dość ma kłopotów? Po przeczytaniu "Ratujmy kosmos" czytelnik sam odpowie na te pytania.

"Jak ocalał świat" - Konstruktor Tlurl zbudował maaszynę, która robiła wszystko na "N". Niebo, naukę, nogę - wszystko na "N". A czy możesz zrobić nic? Nic nie robić? Nie! Zrobić Nic. Mogę. Tylko jest "mały" problem. Kiedy zrobię Nic, to nic nie będzie. I jaka będzie pointa tego opowiadania?
 W satyryczny sposób przedstawia Stanisław Lem dążenia człowieka do ... samozagłady. Czlowiek jest pozbawiony takiej myśli, twierdzi Lem, która daje możliwość przewidywania niedalekiej przyszłości. Staram się nie używać w recenzji słów ze słownika podwórkowego, lecz teraz użyję. Użyję, aby zilustrować sytaucję, która mogłaby doprowadzić świat do upadku. Przyjaciel Trurla chlapnął coś w rozmowie z maszyną. Maszyna wzięła te słowa na poważnie. Maszyna nie myśli, wykonuje tylko polecenia. Tylko ...

"Bajka o królu Murdasie" - Król Murdas jest władcą ambitnym, acz tchórzliwym. Wszędzie widzi wrogów. Pewnego dnia w rzadko uczęszczanej komnacie spotrzegł  maszynę do przepowiadania przyszłości. Ciekawość zwyciężyła nad tchórzostwem - król Murdas maszynę włączył. I się zaczęło - jak mówi mój 16.letni bratanek. Nie była przepowiednia miła, ciekawa dla władyki. Według niej król Murdas miał wszystkich swych przeciwników zgładzić, a sam ponieść najokrutniejszą śmierć pod słońcem. Cóż robić? Król widzi tylko jedno rozwiązanie: uciec w sen, nigdy się nie obudzić. Zapomniał o jednym - o świaomości. W czasie snu świadomość żyje.
Ironiczne przedstawienie władcy-despoty. Stalina, Hitlera czy Kim In Sena. Proszę zwrócić uwagę na wyrocznie-aforyzmy, a może epigramaty. Lem dał tutaj pokaz humoru, a jednocześnie kunsztu warsztatu potyckiego.

"Wyprawa pierwsza a, czyli elektrobyłt Trurla" - Konstruktor Tlurl zbudował maszynę, która ma wielorakie zadanie. Piszę wiersze, śpiewa, wykonuje zadania matematyczne, rozmawia z ludzmi. No, geniusz, no, znakomitość. Zdolność kreacji opanowana w stu procentach. W pewnym momencie natchnienia pozwoliłem sobie na pewną myśl: oto Stanisław Lem wymyślił prototyp komunikatora. Może jeszcze nie sieciowego, ale na pewno stacjonalnego. Konstruktor Trurl nie był zadowolony ze swojego wynalazku. Tu trzeba coś naprawić, tu coś chrobocze, tu jakiś mankament. Poza tym elektrobyłt zaczął żyć swoim życiem - podobnie jak interfejs: przypatrzmy się - gdy nasz osobisty komputer jest wyłączony, inni użytkownicy mogą przecież zajrzeć na "nasze" strony.
Konstruktor Trurl nie wie co robić. Jest w pułapce swojego wynalazku ...

"Wyprawa szósta, czyli jak Trurl i Klaupacjusz demona drugiego gatunku stworzyli, aby zbójcę Gębona pokonać" - Wszystko dzieje się w przestrzeni kosmicznej. Trurl spostrzega w tej niezmierzonej przestrzeni niezbadaną istotę. Jawi się jako hologram czy jakaś inna materia. To zbójca Gębon tak się ujawnia. Jest to - można tak powiedzieć - pirat Kosmosu. Porywa Trurla i Klaupacjusza. Gębon okazuje się być zbójem dyplomowanym, z doktoratem i patentami, który nie dba o bogactwo (także dlatego, że wykonane w taki sposób złoto stałoby się pospolite, więc bezwartościowe), ale za to żądny jest wiedzy. Konstruktorzy zatem sporządzają Demona Drugiego Rodzaju, który odsiewa informacje z przypadkowego ruchu cząsteczek gazu i drukuje je na wstędze papieru. Gębon jest zachwycony; do czasu jednak ...

"Rozprawa" - Pilot Pirx ma nowe zadanie: wykryć wsród załogi swojego statku robota, a jeśli chcemy być dokładni jak Lem tego nauczał - androida. Ma być on niebezbieczny. Niełatwe to zadanie, tym bardziej, że aż trzech członków załogi przyznaje się do bycia androidem. Pirx musi niejako rozwiązać zagadkę kryminalną. Niestety załoga nie ułatwia mu tego zadania.
 Ale w tym opowiadaniu co innego wysuwa się na pierwszy plan. Otóż Lem traktuje androidy na równi z ludzmi. W definicji androida jednak czytamy, że jest to urządzenie co prawda humanoidalne, ale wykonujące pewne, tylko niektóre czynności przypisane ludziom. Niektóre - człowiek ma wolę, rozum i płeć - a andreoid już nie. Co wyniknie z tych rozbieżności? Jak uśmiercić andreoida, gdy ludzkość ma na sumieniu zbrodnie przeciw samej sobie? A może anndreoid ma jednak ludzkie "odruchy"? Na te i inne pytania stara się odpowiedzieć Stanisław Lem w niniejszym opowiadaniu.

"Polowanie" - Pilot Pirx bierze udział w unieszkodliwieniu zbuntowanego księżycowego robota górniczego. Robot - jeżeli można tak powiedzieć w stosunku do robota - poczuł się wolny. Wolny w każdej definicji tego słowa. Używanie wolności potrafi jednak zrobić krzywdę ...
Jak już wspominalem przy okazji poprzedniego opowiadania andreoidy nie mają woli istnienia. Czyżby roboty o innej prowieniencji  tę wolę posiadały? Tak, na to wychodzi - jak powiadała moja babcia. Robot z "Polowania" ma taką wolę. Potrafi odróznić zło od dobra, przyjaciela od wroga.
W tym opowiadaniu Stanisław Lem udawadnia swoją tezę ( nie po raz pierwszy - ale bardzo wyraziście), że śiat podzielony jest między ludzmi a robotów.

""Niezwyciężony"" - podwójny cudzysłów jak najbardziej na miejscu. Jest to bowiem tytuł całości, a jednocześnie nazwa własna krążownika. Krążownika jak z "Gwiezdnych wojen" Lucasa. Opis tak sugeruje. Przepraszam Czyelników: nie mam zwyczaju tuż na początku podawać takich sczegółów przeczytanego opowiadania - lecz nie mogłem się powstrzymać.
Ląduje ów krążownik na planecie Regis III. Celem przybycia załogi "Niezwyciężonego" jest odnalezienie szczątek bliżniaczej jednostki  o nazwie Kondor.Jednocześnie naukowcy przystępują do badań planety, starając się określić źródła potencjalnego zagrożenia. W trakcie poszukiwań zaginionego statku odkryte zostają nieznane konstrukcje, tworzące prawdopodobnie odpowiednik ziemskiego miasta. To miasto może niepokoić. Mam w pamięci Machu Picchu. Oba miasta -  Lema i  Inków zostało opuszczone. Dlaczego? Co do Miasta Inków - wiele jest hipotez - nie miejsce tutaj rozwodzić się na ten temat. Jeśli chodzi o miasto z "Niezwyciężonego" - po prostu przypomina mi Machu Picchu. Klimat opuszczonego przez ludzi zalążka cywilizacji. No, właśnie - dlaczego nie ma wnim ludzi. A może to nie ludzie są budowniczymi tego miasta?  Tymczasem trzysta kilometrów dalej (!) odnaleziony zostaje Kondor. Okazuje się, że cała jego załoga zginęła w tajemniczych okolicznościach ...
"Niezwyciężony" to swoiste arcydzieło w którym autor genialnie zawarł część swojego credo, choć wydźwięk książki zdaje się być pesymistyczny, to jest to - podobnie jak w wielu innych książkach Lema - genialny i na swój sposób zdrowy pesymizm, a może nawet odebranie Rodzajowi Ludzkiemu części zarozumiałości. Genialne jest także zachwycenie się (podobnie, jak w niektórych fragmentach wielkiego Opus Magnum Mistrza) naturą nieożywioną, z którą też trzeba umieć mądrze postąpić. I to zakończenie niby bez zakończenia, z tytułowym słowem na końcu, żeby każdy czytelnik sobie resztę dopowiedział, co mu rozum i sumienie (tak, tak: sumienie!) podpowiada!
Jeszcze jedno: jest to powieść, nie opowiadanie. Dlaczego jednak znalazł się w tomie opowiadań? Oczywiście - bardzo miło mi, że Wydawca umieścił "Niezwyciężonego" w niniejszym tomie - mógł jednak  zaznaczyć to odstępstwo od zasady. Przykład na tytuł: ""Niezwyciężony". Powieść. Opowiadania wybrane."

 

 

 

 

 


 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
O autorze